„Guruna” – Adam Kopacki

Wydawnictwo Oficynka [2020].


„Guruna” – Adam Kopacki
„Guruna” to kolejna na naszym rynku wydawniczym powieść, o których od lat mówię: „z Grecją w tle”. Jako taka oczywiście musiała trafić w moje dłonie. To debiut Adama Kopackiego, o którym, poza notką z okładki, nic nie wiedziałam, ale to, co wynikało z okładkowej treści jawiło się obiecująco, szczególnie co do zabaw językiem i odmienności słów tworzonych przez autora („mikropenis” zdobył moje serce!). Tego swoistego dla mnie eksperymentu językowego byłam bardzo ciekawa.

„Guruna” to historia dwóch przyjaciółek: Ali i Marty, które w sposób dość nagły postanawiają wybrać się na krótkie lipcowe wakacje do słonecznej Grecji, a wybór ich pada na wyspę Kefalonia na Morzu Jońskim jako tę, jak czytają w internecie, niezadeptaną turystycznie nawet w sezonie.

Początek tej powieści to Wrocław i przybliżenie nam bohaterek. Pierwsza z nich to Ala, od niedawna mieszkanka tego miasta, która jak dla mnie jest przykładem wyjętego z szablonu korposzczura (czy korposzczurki/korpomyszy według dzisiejszych standardów językowych): wrzucony do torebki przy wyjściu z domu identyfikator, chęć chodzenia na siłownię najchętniej przed rozpoczęciem pracy, przygotowywanie potraw z na przykład jarmużu… Jakieś to dziś pospolite takie i dla mnie bardzo szablonowe. A w pracy? Sprawdzenie e-maili, natychmiastowa odpowiedź na pilne, zalogowanie się tak, aby wszyscy wiedzieli, że pracujemy… czy inaczej: jesteśmy w pracy. No cóż: typowe korporacyjne środowisko, w którym Ala, jak przedstawia to autor, wielbicielka programu Excel, robi karierę pnąc się po poszczególnych jej szczeblach. Ala korzysta z telefonu komórkowego w tym wszystkim, co technika nam oferuje: jadąc tramwajem sprawdza email-e, dokonuje wszelakich płatności, ustawia przypominacze, a jako osoba aktualnie samotna, sprawdza na Tinder-ze ewentualnych kandydatów do swojego serca, wyrażając się o nich raczej niepochlebnie. Przeciwieństwem jej jest Marta: dziewczyny znają się z czasów studiów i bardzo przestrzegają wyjazdów tylko we dwie. Wtedy, jak mówią, wypoczywa im się najlepiej.

Czas szybko mija i oto Ala z Martą lądują na jednym z greckich lotnisk, po czym, po rozkosznym i dość kosztownym powitaniu Grecji, płyną promem na wybraną wyspę z zamiarem spędzenia na niej fantastycznych wakacji. Dziewczynom do wakacyjnego szczęścia potrzeba niewiele i oczywiście wszystko to, czego pragną, odnajdują na wyspie Kefalonia.

Wynajmują quad postanawiając coś na tej Kefalonii, poza barami i tawernami – obejrzeć, a pragnienia ich kierują je głównie na plaże, w tym słynną Myrthos, ale i do jaskini Drogarati oraz nad jezioro Melissani. Ich wycieczkom towarzyszą przeróżne przygody, w tym te barwne, ale i w odcieniu szarości. Pojawiają się również zabawne sytuacje i takie wymiany zdań, że my co najmniej kilkakrotnie wybuchniemy szczerym śmiechem na pewno.

Powieść tę czyta się niesamowicie szybko: przechodzimy przez nią tak trochę bez zastanowienia. Bo i właściwie nad czym się tu zastanawiać? Mamy po niecałe 30 lat, słoneczne lato, wymarzoną Grecję chłodne piwo, ouzo czy inne drinki i jesteśmy na wakacjach: cieszmy się życiem!

Powieść „Guruna” nie jest z pewnością powieścią dla wszystkich: nie każdy się w niej odnajdzie. Myślę, że szerszym odbiorcą będzie młodsze pokolenie niż starsze, bo to dokładne, z niemal wszystkimi detalami, wprowadzenie we wrocławskie codzienne życie Ali trafi do tego pokolenia doskonale: toż to jego właśnie życie. Osoby nieco starsze, tym bardziej niezwiązane ze światem korporacyjnym czy światem mediów społecznościowych mogą się w tym zupełnie nie rozeznać, a czasem stosowana szczegółowość może być dla nich nużąca czy irytująca. Bo co komuś niekorzystającemu z mediów społecznościowych (żeby nie wymieniać, którego) powie, że Ala po wiadomość sięga do folderu „Inne”, bo przecież nadawcy nie ma w gronie znajomych?

Jeśli ktoś oczekuje języka literackiego – niech również po ”Gurunę” nie sięga, bo w książce wręcz roi się od słów uznawanych za nieprzyzwoite. Czy ta powieść jest nieprawdziwa? W moim odbiorze jest najprawdziwszą z prawdziwych: wystarczy stanąć na jakimkolwiek przystanku i posłuchać jak część społeczeństwa dziś rozmawia: toż w tych rozmowach słyszymy niemal natłok tzw. przekleństw. Ala i Marta rozmawiają dokładnie tak samo: prostymi, nieskomplikowanymi zdaniami z czasem soczystym dodatkiem. Czy te dodatki są konieczne? Czy tak trudno było zamienić słowo „spierdalamy” (przepraszam!) na „uciekamy”? Czy te „k…y” muszą się tu naprawdę pojawiać? Myślę jednak, że to proste, nieraz rynsztokowe słownictwo to przemyślany i celowy zamysł autora: w takim świecie przecież dziś żyjemy, ale, choć taka nasza rzeczywistość – może w nas pozostać pewien niesmak, a to uzależnione od tego czy w książkach szukamy odskoczni od tej zgniłej otaczającej nas rzeczywistości. Tu tej odskoczni nie ma: tu jest nasz prawdziwy świat.

To co mnie uderza, co dla mnie jest nieco zatrważające to ujrzenie, jakie nadal dziecinne są przyjaciółki mimo, że każdej z nich niedaleko do trzydziestki. To dla mnie zupełnie niedojrzałe osoby, ale znowu powstaje pytanie: czy to nie jest prawdziwe w dzisiejszych czasach? Czy to tak dziś nie jest?

A ja i tak jestem najbardziej ciekawa, jak osoby nieznające języka greckiego odbierają tytuł tej powieści. Z czym się im słowo „guruna” kojarzy. Przepytałam kilka znajomych osób. „Imię” – taka odpowiedź padała najczęściej. Oczywiście treść powieści wyjaśnia co znaczy guruna, również i to, w jakim znaczeniu to słowo jest w Grecji używane, a czemu taki tytuł? To też z kart powieści wynika, ale myślę, że kiedy patrzymy na książkę leżącą na półce w księgarni – tytuł może mocno zastanawiać, może wręcz intrygować.

„Guruna” to błyskotliwy debiut, ale i doskonała powieść do zabrania jej ze sobą na wakacje do słonecznej Grecji. Już sobie wyobrażam, jak czytana w cieniu tamaryszku i przy szumiących falach tamtejszego morza poprawia nam nasz wakacyjny nastrój poprzez barwne usposobienie każdej z bohaterek.

Są książki, o które pytana mówię zdecydowanie: „nie”, są takie, o które pytana – mówię od razu: „tak”. „Guruna” należy do takiej grupy, gdzie zapytana o to, czy warto po nią sięgnąć – odeślę pytającego do mojej recenzji, bo jednym słowem w tym przypadku na to pytanie odpowiedzieć się nie da. Może i na tym polega swoista wyjątkowość tej powieści? Ja przyznać muszę, że dawno nie czytałam czegoś tak bardzo nowoczesnego, czegoś tak bardzo oddającego nasz dzisiejszy świat.


Beata Kuczborska / betaki.pl [kwiecień 2021]

Dziękuję Wydawnictwu OFICYNKA za nadesłanie mi egzemplarza powieści „Guruna” na potrzeby niniejszej recenzji.