październik 2017: Kreta i Ateny

Wcześniej… Piętnaście dni przed podróżą…

Ta myśl już zakorzeniła się w mojej głowie...

To już nie był pomysł na kolejną podróż do mojej Grecji, to nie było zastanawianie się typu: czas na podróż, dokąd tym razem…

Ten wybór był oczywisty: powrót po 17 latach do miasta, za którym bardzo tęskniłam. Powrót do miasta Rethymnon na Krecie.

Szczęściem było kupienie biletu na samolot, który odbywał bezpośrednie loty na Kretę: miałam lądować w Chanii, ale to Rethymnon był zasadniczym celem mojej podróży.

Na kilkanaście dni przed wyjazdem sięgnęłam po stojącą na półce książkę z pożółkłymi już kartkami: to wydana ponad 40 lat temu „Kronika pewnego miasta” znakomitego greckiego pisarza Prevelakisa (ponownie wydana w 2013 roku). Sięgnęłam po nią po raz kolejny: drugi? Trzeci? Nie pamiętam, ale nie miało to żadnego znaczenia. Znaczenie miało natomiast to, że „Kronika pewnego miasta” to niezwykły portret jaki Prevelakis ponad 100 lat temu namalował miastu Rethymnon. Dziś już się tak słowem nie maluje, dziś już nie używa się takiego jak wówczas języka. Że archaiczny? Nie, żaden archaizm, ale język, który powoduje, że kiedy przymknąć oczy – widzi się Rethymnon czasów dzieciństwa i młodości Prevelakisa.

Tamtego miasta już nie ma: wyjeżdżając nie oczekiwałam, że miasto z czasów Prevelakisa zobaczę. Rethymnonu Prevelakisa nie było już i 17 lat temu, kiedy po uliczkach tego miasta stąpałam po raz pierwszy. Po co wobec tego sięgnęłam ponownie po tę książkę zamiast poczytać jakiś przewodnik może? Potrzebowałam pospacerować uliczkami Rethymnonu sprzed 100 lat… Że dziwne? Być może, ale tego właśnie potrzebowałam. Wydawało mi się, że kiedy po przeczytaniu „Kroniki pewnego miasta” znajdę się w Rethymnonie – popatrzę na niego szczególnie, inaczej, zupełnie odmiennie niż nie czytając niezwykłych opisów poczynionych przez Prevelakisa. Wydawało mi się, że kiedy już znajdę się w Rethymnonie będę szukała tych maleńkich sklepików czy większych magazynów przy tak wąskich uliczkach, że sprzedający siedząc na zydlach po obu stronach ulicy mogli ze sobą swobodnie rozmawiać, wydawało mi się, że może przejdę ulicą Cara, która była kiedyś główną ulicą miasta, myślałam, że zajrzę na targ, gdzie Turcy i Grecy tuż obok siebie mieli swoje kramy i nikomu to nie przeszkadzało... Tak mi się wydawało, choć wiedziałam, że ani sklepików, ani ulicy Cara ani tamtego targu już przecież nie ma… Nie miałam jednak wątpliwości, że czułabym się uboższa nie przypomniawszy sobie przed wyjazdem tej książki – doskonale przecież wiedziałam, czego po niej oczekiwać. Doskonale również wiedziałam, do jakiego miasta wyjeżdżam, wiedziałam, że chcę w mieście tym spędzić blisko tydzień: w tym właśnie mieście, które nazywa się Rethymnon.

Siedemnaście lat wcześniej mieszkałam przez tydzień w Rethymnonie i się nim zachłysnęłam, choć wcale go nie poznałam: rzuciłam się wówczas na całą Kretę, w Rethymnonie spędzając jedynie poranki i wieczory. Przez te wszystkie lata brakowało mi tak bardzo tego poznania, brakowało mi tak bardzo naszego spotkania...

Ja znowu w Rethymnonie... rzecz aż nieprawdopodobna!




październik 2017: Kreta i Ateny
Dakos: najwspanialsze kreteńskie danie
Przedwyjazdowe zawirowania z samolotem, którzy miał mnie dowieźć do Chanii trochę podcięły mi skrzydła, ale postanowiłam nie dać się przewoźnikowi i pełna euforii znalazłam się na pokładzie samolotu. W czasie lotu rozmyślałam czy istotnie stanie się tak, że kiedy znajdę się już w Rethymnonie – pamięć mi wróci jak przewidywali znajomi… Rozprawiałam z nimi wcześniej o tym, że chyba już w ogóle Rethymnonu nie pamiętam, a to co mam przed oczyma to obrazy ze zdjęć: i moich i innych, ale nie te, które widziałam naście lat wcześniej. Podobnie zresztą rzecz się miała z Chanią. Pamiętałam jedynie doskonale Heraklion, co nie było zaskoczeniem: wszak byłam tam stosunkowo niedawno spędzając w mieście cztery dni. Ale Chania? Ale Rethymnon?

- Zobaczysz – mówili znajomi. – Przekonasz się, że wszystko świetnie pamiętasz, kiedy tylko się tam znajdziesz.

Nie byłam tego wcale taka pewna!

Plan miałam ustalony: 4 dni w Chanii, 6 w Rethymnonie, 5 w Heraklionie… To plan na Kretę. Pozostałych kilka dni (trzeci tydzień) to szeroko rzecz ujmując: Ateny. Plan mogłam traktować dość luźno, choć nie chciałam sprawiać znajomym, u których miałam zatrzymać się w Rethymnonie i Heraklionie, problemów. Jedno było pewne: po dwóch tygodniach musiałam opuścić Kretę, bo miałam już bilet na samolot lecący z Heraklionu do Aten.

Mój samolot, który wystartował o świcie, leciał spokojnie, a ja nawet trochę drzemałam nie mogąc doczekać się tego mojego spotkania z Chanią. W końcowej części lotu patrzyłam w dół i widziałam morze: tylko morze… Kreta objawiła mi się zupełnie nagle i z uwagi na usytuowanie lotniska na przylądku Akrotiri – na bardzo krótko: nie zdążyłam zachwycić się widokiem wyspy z góry, a już wylądowałam… Trudno – pomyślałam!

Ale ale… Co ja widzę? – pomyślałam zaskoczona. W powietrzu słońce a tutaj?

Kreta witała mnie deszczem, którego nie oczekiwałam wcale a wcale! Dla przybysza z Krainy Deszczowców padający deszcz nie jest zjawiskiem mile widzianym. Uznaję jednak, że to łzy radości – tak Grecja cieszy się z mojego powrotu przecież! Jestem, znowu tu jestem! „Kalimera Ellada moy!!!” „Ti kanis, Betaki?” – wyraźnie słyszę pytanie o moje samopoczucie… Tak, to łzy radości, które wcale mnie już nie martwią!

Mam rację! Pochmurno i deszczowo będzie tylko tego jednego, jedynego dnia: na moje powitanie. Pozostałe dni, mimo, że październikowe, będą, podobnie jak rok wcześniej na południowej cykladzkiej Ios, najpiękniejszym latem z temperaturami w okolicach 25 stopni oraz pięknym słońcem. Wieczorami przydawał mi się będzie sweterek bądź marynarka, ale w ciągu dnia? Po raz kolejny przekonam się, że październik to dobry dla mnie czas wakacyjny, bo pogoda wspaniała, a turystów już znacznie przecież mniej.

W samolocie, którym lecę, nie ma wolnych miejsc: bezpośredni lot Warszawa (Modlin) - Chania najwyraźniej cieszy się powodzeniem. Patrzę na pasażerów: większość to osoby starsze oraz te z małymi dziećmi: w oczekiwaniu na bagaż naliczę na taśmie 9 dziecięcych wózków, a to jeszcze nie koniec wydawania bagaży.

Wychodzę przed budynek lotniska: no cóż – nadal pada! Bez trudu znajduję autobus KTEL jadący do Chanii. Miła pani sprzedaje mi przed wejściem bilet i pomaga schować walizkę w luku – mogę odjeżdżać .

Lotnisko, z którego odjeżdżam, nie jest jakoś bardzo oddalone od miasta, ale oczywiście spacer, zwłaszcza z wielką walizką, nie wchodzi w grę. Może to odległość 12 - 14 kilometrów? Na ten moment nie mam kompletnie rozeznania gdzie jestem i z której strony wjadę do Chanii: wszystko tu jest dla mnie zupełnie nowe. Autobus jedzie, deszcz przestaje padać, ja podróżą się cieszę zwłaszcza wówczas, kiedy widzę morze i położone niżej miasto. Jestem w Chanii!

Znajduję mój hotel przy weneckich murach, zaraz przy morzu – to blisko dworca. Mimo, że nie spałam całą noc – przebieram się tylko i idę na spacer wzbudzając zainteresowanie recepcjonistki.

- Już? Tak od razu? Nie odpoczniesz po podróży? – pyta zaskoczona.

Nie, nie odpocznę! Moje pragnienie zobaczenia Chanii jest tak silne, że jestem gotowa biec na Starówkę, na nabrzeże czy pod latarnię – gdziekolwiek!

Przechodzę wzdłuż murów i staję nad morzem: czuję, że muszę się z nim przywitać.

- Witaj Egeo – szepczę.

Nieco wzburzone odpowiada silniejszą falą tak, że ledwo uskakuję przed wodą.

W świetnym miejscu znajduje się ten mój hotel, o czym nie wiedziałam kiedy go wybierałam: nazywa się „Irene” i położony jest na samym początku dzielnicy Nea Chora: tuż przy potężnych, weneckich murach. Do ładnej, dość długiej i dobrze zagospodarowanej plaży, którą sobie któregoś dnia obejrzę, mam stąd jakiś kilometr może, a może nawet i nie tyle. W hotelu niczego mi nie brakuje: jeśli komuś nie zależy specjalnie na widoku – mogę go z czystym sercem polecać: obsługa miła, przyjazna i pomocna, w pokoju czysto, a wybór w ramach śniadań – doskonały. No i ta świetna lokalizacja!

październik 2017: Kreta i Ateny   październik 2017: Kreta i Ateny
Niezwykłe zakątki niezwykłej Chanii
Przechodzę pomiędzy murami a morzem jakieś 300 metrów, zatrzymując się na chwilę przy Pomniku Ręki, i staję jak zaczarowana: oczom moim z zupełnego zaskoczenia ukazuje się latarnia morska. A, to ja tu mieszkam! – mówię do siebie odkrywczo. Nie miałam świadomości usytuowania tego miejsca – naprawdę kompletnie tej Chanii nie pamiętałam. Patrzę na tę latarnię, na ludzi w bluzkach z krótkimi rękawkami spacerujących potężnym falochronem przypominając sobie, jak i ja szłam tak 17 lat wcześniej… Deszcz już tylko kropi, jest ciepło, ale pochmurno: podoba mi się tutaj w takim nieco ponurym południowym świetle. Nie udaje mi się wypatrzeć wodnych taksówek pod latarnią: kiedyś spod niej wracałam taką taksówką właśnie, bo już wędrować ponownie tym dość długim falochronem mi się wówczas nie chciało. Może już nie pływają? A może w październiku nie pływają? Kiedyś przy latarni była kafeteria, w której piłam kawę patrząc na miasto – przyglądam się, ale jej nie dostrzegam.. Może też tylko w sezonie? Przed laty byłam tu w połowie września: jednak troszkę wcześniej niż teraz….

Nabrzeżem spaceruje całkiem sporo osób: pewnie niewielu turystów wybrało się na wycieczki po wyspie z uwagi na tę niepewność pogodową. W znajdujących się tu licznych kafeteriach i tawernach ludzi jest tyle, że aż nie umiem sobie wyobrazić, co tu może dziać się w sezonie, ale już wiem, że do Chanii w sezonie przyjeżdżać nie należy.

Stojąc na wysokości wieży Firka(s) zachłannie patrzę na to wszystko, co mnie otacza: na latarnię morską, na zatokę, na widoczny po jej drugiej stronie meczet Janczarów z oblegającymi go dorożkami, na skupione po mojej prawej stronie niewielkie, kolorowe kamieniczki. Zastanawiam się czy pamiętam to wszystko rzeczywiście czy też bardziej ze zdjęć i nie mogę pozbyć się wrażenia, że chyba jednak ze zdjęć: spędziłam tu kiedyś tylko jeden dzień i to zbyt mało, aby coś po tylu latach zostało w mojej pamięci… Z każdym mym krokiem coraz bardziej chwalę się za swą własną decyzję: zatrzymanie się w Chanii na cztery dni i bycie tu tylko dla niej było pomysłem doskonałym.

Niespiesznie spaceruję nabrzeżem w kierunku starego weneckiego portu: nie pamiętałam, że to całkiem spory odcinek. Wchodzę do środka meczetu Janczarów: to miejsce wykorzystywane jest pod urządzenie różnych wystaw i dobrze, że nie świeci pustkami, dobrze, że miejscowi mają zajęcie, a turyści mogą coś interesującego zobaczyć. Przyglądam się dorożkom, przystaję przy rybakach zarzucających swoje wędki: może i w taką pogodę coś im się uda tu złowić? Wpatruję się w wiaderka: puste!

Ten mój pierwszy dzień w Chanii postanawiam spędzić w sposób zupełnie spontaniczny i niekontrolowany: celowo nie kupuję planu miasta chcąc się dać ponieść tylko oczom i duszy. Oczywiście zanim tu przyjechałam naczytałam się o Chanii bardzo wiele i wiedziałam, co chcę zobaczyć, ale ten pierwszy dzień miał być z założenia nieuporządkowany zupełnie. Chciałam się gubić i zastanawiać się, gdzie ja właściwie jestem, bo już dawno temu odkryłam, że to cudownie móc sobie na takie zagubienia się pozwalać.

Gdzieś za starym weneckim portem, na wysokości wielkich kamiennych arsenali, oddalam się od morza i w zupełnie przypadkowy sposób znajduję się na ulicy Sifaka: stanie się ona moją ulubioną uliczką w Chanii i nie będzie dnia, abym się na niej nie znalazła. Lubię tu przychodzić, by w jednej z urokliwych kafeterii wypić codzienną kawę, by pozaglądać w istniejące tu nadal małe, stare warsztaciki, w których wytwarza się noże niezliczonych rodzajów, by stąd właśnie skręcać w wąziutkie przecznice, przy których niezwykłej urody domy: czasem odrestaurowane, ale i zniszczone, proszące o pomoc, a wszystkie piękne z niezwykłymi drzwiami, które mnie w Chanii, podobnie zresztą jak później w Rethymnonie - oczarują.

Ten pierwszy dzień, kiedy w sposób spontaniczny chcę się nacieszyć Chanią jest dniem pełnym odkryć, a ja najbardziej cieszę się tym, że turyści stadnie przechadzają się nabrzeżem: w głębi miasta, tu, gdzie mnie oczy niosą, w wielu miejscach tylko bezpańskie koty umykają mi sprzed stóp albo przyglądają mi się ciekawie z jakichś murków… W tej starej części miasta jest niezwykle! Z wielu miejsc, kiedy tylko podnoszę wzrok ku niebu dostrzegam strzelisty minaret: pojawia mi się i znika, by pojawić się znowu. Piękne tu zaułki, w które się zapuszczam. To, co mnie zaskakuje to niezwykła ilość doniczkowych kwiatów powystawianych przed domy: przy niektórych zatrzymuję się na dłużej, bo doniczki tak ciekawie pomalowane, że trzeba im się przyjrzeć dokładniej. Patrzę na różnorakie rodzaje palm, paprocie, drzewa oliwne z owocami: zazdroszczę mieszkańcom klimatu, który im na hodowlę takich roślin pozwala. Wielkie bougenville nadal obsypane są kwieciem: najwięcej oczywiście koloru różowego, ale i biały czy purpurowy też się zdarza. Znajdujące się tu domy zostały wzniesione z kamienia. Większość, choć nie wszystkie, pomalowano i to na wiele kolorów, w większości jednak pastelowych. Czemu nie sprawia to wrażenia jakiegoś nieładu czy bałaganu dla oczu? Kontrast czasem jest niesamowity: na żółtej ścianie obmalowano intensywnym szafirowym kolorem okno czy drzwi. Niektóre domy domagają się poważnego remontu: spod odpadających płatów farby wyzierają kolory zgoła inne niż te zewnętrzne. Nie będę ukrywać: ma to w sobie wiele uroku i zwyczajnie mi się podoba! Zwracam uwagę na ładne i ciekawe szyldy: fotografuję je z wielką radością. Przypominam sobie, że kiedy uczyłam się czytać po grecku – czytałam właśnie to, co napisano na szyldach. Oczywiście starałam się to robić w obecności Greków: ktoś mnie musiał kontrolować i poprawiać błędy. Wypatrywanie szyldów i przyglądanie się im to do dziś jedno z moich ulubionych zajęć w czasie wędrówek greckimi ścieżkami: niektóre szyldy są niezwykle piękne, a im starsze tym piękniejsze.

październik 2017: Kreta i Ateny
Chania po deszczowym dniu
Kiedy kupię sobie plan miasta – zacznę już bardziej kontrolowanie je poznawać. Tak: poznawać – nie boję się użyć tego słowa. Przyznaję sama przed sobą, że Chanii nie znam zupełnie i to jest ta właśnie podróż, kiedy ją poznam. Będę krok po kroku przemierzać niespiesznie wąskie uliczki poszczególnych dzielnic, będę zaglądać gdzie się da: bramy, ogrody, przedsionki, otwarte okna, niedomknięte drzwi – wszystko to nie będzie miało przede mną tajemnic. Będę wchodziła w uliczkę i wracała konstatując, że już tu przed chwilą byłam, będę zawracała celowo, żeby raz jeszcze przyjrzeć się temu niezwykle pięknie zdobionemu balkonowi albo też po raz kolejny zajrzeć do pewnej restauracji przy ulicy Zambeliou, która mieści się w weneckiej loggii: nie dla restauracji będę tam zaglądać, ale dla tego niezwykłego wnętrza!

W ten właśnie sposób, krok po kroku, przejdę poszczególne dzielnice Chanii, a w każdej znajdę coś niezwykłego, coś, co utkwi w mej pamięci na lata. Każdą z dzielnic odbiorę jako zupełnie odmienną w charakterze, ale każda z tych, które spenetruję zachwyci mnie tak, że będę chciała do Chanii za czas jakiś wrócić i posmakować jeszcze, posmakować ponownie.

Najbardziej z czegoś, co jest dla mnie miejscem kompletnie nieznanym, bo jeszcze nawet przypadkowo tam się nie zaplątałam, a i niewiele zdjęć widziałam - zainteresuje mnie dzielnica Splantzia zamieszkiwana przed laty przez Turków. Zacznę ją zwiedzać od Platija 1821 oglądając znajdujące się tu kościoły, w tym Agios Nikolaos, będący w przeszłości meczetem, stąd dwa minarety oraz wieża. Przyglądając się nieobleganym jakoś specjalnie kafeteriom, powoli zapuszczę się w sposób nieco spontaniczny w wąskie uliczki tej dzielnicy i przyznam, że znajdę się w takich jej rejonach, że i w dzień, sama, z aparatem w dłoni, poczuję się jakoś niezbyt pewnie. Wiem, że w te rejony na pewno nie chciałabym zapuścić się po zmroku, ale nie żałuję swej wędrówki za dnia. Odnoszę wrażenie, że turyści zaglądają tutaj niezmiernie rzadko: tylko czasami ktoś mnie mija, a ja, mimo, że nie jestem wielbicielem tłumów, tu akurat pragnę spotykać turystów częściej, ale niestety… Wędruję samotnie wąskimi, niedostępnymi dla aut uliczkami, cieszę się oglądaniem sporej ilości bardzo pięknych starych domów, z których większość sprawia wrażenie opuszczonych i popada w ruinę, a panująca tu cisza aż poraża. Ciszę tę przerywa najczęściej spotkanie się kotów: ich wzajemne syczenie nie zwiastuje niczego przyjaznego. Odkryję również, co jest dla mnie niemałym zaskoczeniem, że przez tę dzielnicę przebiega druga część mojej ulubionej uliczki Sifaka, ale w tej części ma ona zupełnie inny charakter, aniżeli ta z drugiej strony ulicy Daskalogianni, gdzie popijam swą codzienną kawę. Krążąc tak po dzielnicy Splantzia znajduję się i w takim rejonie, który na swój prywatny użytek nazywam „rejonem czerwonych latarni” i oczywiście jak to ja: specyfikę tego rejonu dostrzegam znacznie później niż powinnam, choć przecież przymocowane do wielu drzwi tablice z napisami: „New girl Sonia” („Nowa dziewczyna Sonia”) czy „New girl Zlata” („Nowa dziewczyna Zlata”), ozdobione dodatkowo serduszkami czy wymalowanymi ustami, powinny przemówić do mnie od razu.

Lubię takie klimaty, jakie oferuje Splantzia, lubię taką atmosferę - zupełnie odmienna niż ta przy nieodległym przecież nabrzeżu, ale i odmienna niż w dzielnicach innych, co nie oznacza wcale, że w innych dzielnicach jest mi źle: jest mi tam również pięknie, choć z uwagi na ilość turystów – mniej klimatycznie.

Cały jeden dzień przeznaczam na realizację mojego marzenia, które do Chanii przywiozłam: jest nim najstarsza dzielnica miasta, Chalepa, z naciskiem na ten jej rejon, który nazywa się Tabakaria. Innych niż ona marzeń tak naprawdę nie mam. Kiedy byłam w Chanii poprzednio – Chalepa zupełnie mi umknęła i nawet tam nie zajrzałam: teraz nie mogę popełnić takiego błędu zwłaszcza, że w minionych latach wiele się o tej części Chanii naczytałam.

- Pojedź tam autobusem – mówi do mnie recepcjonistka chętna do pokazania przystanku.

- Nie! – protestuję. – Pójdę tam spacerem, wzdłuż morza…

- Ale to bardzo daleko!

Wielokrotnie miałam już w Grecji możliwość przekonania się, że dla Greków tak naprawdę wszędzie jest daleko i takie moje spacerowanie jest im nieco obce. Zabieram na ten spacer koleżankę z Warszawy, która właśnie wypoczywa w nieodległym Maleme: ona też ma chęć na spacer, a nie jazdę autobusem.

- Autobusem to sobie po Warszawie pojeździmy – śmieje się Magda kiedy opowiadam jej, jak to obiecałam w końcu recepcjonistce, że pojedziemy autobusem, bo chyba by mnie w swej serdeczności i trosce z tego hotelu nie wypuściła.

Idziemy wzdłuż murów, mijamy zatokę spoglądając na latarnię morską, mijamy meczet Janczarów i arsenali. Tu spotykamy Greka ubranego w tradycyjny kreteński strój: pozwala nam zrobić sobie zdjęcia, a ja mam wrażenie, że jest żywą maskotką w którymś ze sklepików ze skórzanymi artykułami. Idziemy ulicą Miaouli, tuż nad zatoką ze wzburzonymi wodami stwierdzając, że to jakieś zagłębie kawiarniane: stolik przy stoliku, a kafeteria dotyka kafeterii! O tej porze nie ma tu oczywiście tłumów, ale w sezonie i to wieczorową porą musi być tu bardzo gwarno. Niebo nad nami po poprzednim pochmurnym dniu już prawie niebieskie, a i słońce co jakiś czas nam się ukazuje: dobry dzień na taki spacer. Patrzymy na drugą stronę zatoki.

- Ta Chalepa to będzie pewnie tam – stwierdza Magda pokazując na majaczące w oddali zabudowania . – To tam musimy dojść.

Nie wydaje nam się daleko.

październik 2017: Kreta i Ateny
W drodze do Chalepy: codzienność kreteńska
Schodzimy nieco w dół, bo dostrzegamy coś, co może nam się spodobać. Grek w średnim wieku sprawia ryby, a my ciekawie się temu przyglądamy: czy widziałybyśmy to jadąc autobusem????

Grek nie mówi po angielsku, stąd znowu kaleczę ten biedny grecki.

- Dobrze sobie radzisz – wspiera mnie Magda. – Pozwolił nam porobić zdjęcia?

- Pozwolił, pozwolił.

Robimy zdjęcia.

- E, pewnie chcecie porobić zdjęcia i mojej żonie – bardziej stwierdza niż pyta Grek.

Pewnie, że chcemy!

Greczynka trzyma w ręce dorodną ośmiornicę i uderza nią z całą siłą o skały… Przyglądamy się temu zajęciu, a ja opowiadam Magdzie jakie wrażenie to na mnie wywarło wiele lat temu kiedy takie obrazki widziałam po raz pierwszy: obiecałam sobie wówczas, że więcej nie zjem ośmiornicy, bo to wszystko wydało mi się takie okrutne, ale oczywiście o obietnicy szybko zapomniałam.

Droga nad morzem kończy nam się nagle: musimy wejść w teren zabudowany i nie bardzo wiemy, w którym kierunku mamy iść dalej. Zatrzymujemy nadchodzącą parę.

- Do Chalepy?? – słyszymy w głosie mężczyzny wiele zdumienia. – Piechotą? Przecież to bardzo daleko! Tu niedaleko jest przystanek autobusu – pokazuje.

- Daleko? – pytam. – Ile kilometrów? Tak mniej więcej.

- Dwa! – prawie krzyczy dodatkowo kierując przed moje oczy dwa rozczapierzone palce.

Tłumiąc śmiech dziękujemy za wskazówki: oj ci Grecy i to ich wszędzie makria (daleko).

Idziemy teraz ulicą Wenizelou: to tak zwana „Ulica Konsulatów”. Spoglądamy na dostojne budynki, w tym willę „Andromeda” - w przeszłości mieściły się w nich konsulaty. Stajemy na rozwidleniu. W górę? W dół?

Postanawiamy pójść w dół szukając trochę po omacku Tabakarii – to musi być nad morzem. Obiecujemy sobie powrót górą, przez centrum Chalepy.

Wybór to doskonały!

Już wkrótce ukażą nam się zabudowania dawnych garbarni. Dziękuję losowi, że przyszłam tu z Magdą: sama czułabym się bardzo niekomfortowo, bo mrocznie jakoś mimo południowej pory jawi mi się ten teren, o obejrzeniu którego przecież marzyłam oglądając wcześniej zdjęcia… Dziś większość garbarni zamkniętych jest na głucho, ale w czasach świetności działało ich wiele. Budynki tu zrujnowane i opuszczone, ale jest w nich coś urokliwego i bardzo, bardzo tajemniczego. Zaglądamy ciekawie do środka przez okna z powybijanymi szybami: w niektórych budynkach można popatrzeć na stare, zardzewiałe maszyny pokryte sporą warstwą kurzu oraz wielkie beczki przeznaczone, jak się domyślam, do mieszania wody z barwnikami. Do niektórych budynków dałoby się nawet wejść, ale wydaje nam się to zbyt niebezpieczne: sporo tu porozrzucanych desek z groźnie wyglądającymi pordzewiałymi gwoździami, a i stropy wyglądają jakoś niepewnie.

Znajdujemy i czynne garbarnie: pytamy, ile ich obecnie pracuje.

- Dwie i cztery – pada odpowiedź.

- Czemu nie można od razu powiedzieć: sześć? – dopytuję.

- Bo dwie są na górze, a cztery na dole – słyszę.

Pracownicy czynnych garbarni zasadniczo są mili i pozwalają wchodzić do pomieszczeń, przyglądać się pracy i robić zdjęcia: tylko z jednej garbarni wypraszają mnie z aparatem, ale robią to w sposób grzeczny: bardziej prosząc niż nakazując. Rozglądamy się w takich pomieszczeniach ciekawie, dotykamy wiszących na specjalnych wieszakach skór… Zapach tu specyficzny i nie kojarzy nam się dobrze, a wyobraźnia podpowiada okrutne sceny. Wychodzimy z budynków garbarni z mieszanymi uczuciami, w nieco posępnych nastrojach, ale przyznać trzeba: pod wielkim wrażeniem. Przez czas jakiś nie chce nam się nawet rozmawiać.

Ta nadmorska część Chalepy, mimo, że tak posępna, staje się moim ulubionym rejonem Chanii.

Spacerując tu obejrzymy niewielki kościółek Przemienienia Pańskiego (Metamorfoseos tou Sotirou Christou) i dojdziemy aż do biało-niebieskiego kościółka Agia Kiriaki wzniesionego na fundamentach dawnego klasztoru z XVI wieku. Tuż obok zobaczymy przytulny mały porcik z kilkoma leniwie kołyszącymi się rybackimi łódeczkami. Nastroje nasze zdecydowanie ulegają tu poprawie.

- Zasłużyłyśmy na frappe – decydujemy widząc otwartą tawernę.

Siadamy przy stoliku tuż nad morzem. W pozbawionych szyb oknach pobliskiego budynku garbarni powiewają płachty skór, ale my staramy się patrzeć w kierunku porciku i łódeczek albo w morze.

Zanim opuścimy ten nadmorski teren zajrzymy jeszcze do kilku opuszczonych budynków garbarni. W jednym z nich znajduje się kafeteria [OXO NOY - greckimi literami pisane], a widok z werandy na morze zachwycający. Wejdziemy do środka: całkiem spore to miejsce, przypominające nieco klub filmowy może, a z plakatów wynika, że odbywają się tutaj nawet i koncerty. Bardzo interesujące miejsce!

W oddalonej od morza części dzielnicy Chalepa nie jest już dla mnie tak niezwykle emocjonalnie jak na dole, w Tabakarii, choć Chalepa oczywiście podoba się wielu. I podobać się może! Sporo tu zieleni, ale i bardzo ładne, stare budynki. Doprawdy jest się czemu przyglądać, by wyławiać perełki. Wstąpimy do posadowionego w zadbanym ogrodzie, odrestaurowanego domu Elefteriosa Wenizelosa, cenionego do dziś polityka i ośmiokrotnego premiera Grecji. W domu tym urządzone zostało muzeum.

Innego dnia, już bez Magdy, przyjadę w te okolice ponownie: nieco za Chalepą, na wzgórzu, w miejscu zwanym Froudia znajduje się bowiem grób Elefteriosa Wenizelosa i będę chciała go odwiedzić. Miejsce to poraża swym pięknem: widok na położoną w dole Chanię oraz morze zachwyci każdego. Obok grobu polityka (w zasadzie dwóch polityków, bo i syna Elefteriosa Wenizelosa, Sokratesa) znajduje się przepiękny kościół Profitis Ilias pochodzący z czasów weneckich (rozbudowany w XVI wieku). Nie wiem czy tak jest tu zawsze, ale mogę rzec, że miejsce to upodobali sobie (z pewnością tego dnia, kiedy tu jestem) malarze w różnym wieku i różnej płci: porozstawiali swoje sztalugi wśród wysokich sosen i malują kościółek patrząc na niego z różnych stron. Tuż obok parku znajduje się bardzo popularna (co nie dziwi: wszak widok na Chanię niezwykły) kafeteria, Koukouvaya (Sowa). Spędzę przy usytuowanym na tarasie stoliku sporo czasu delektując się urokiem tego miejsca, a kafeteria zadowoli również każdego miłośnika tak popularnych dziś sów, bo gdzie nie spojrzeć tam sowy i sówki - zliczyć ich nie sposób.

październik 2017: Kreta i Ateny
Chania widziana z kafeterii Koukouvaya (Sowa)
W Chanii robię niezliczoną ilość zdjęć nazywając miasto miastem niezwykle fotogenicznym. To miasto, które odkrywam na nowo i które w każdym calu mnie zachwyca: w zasadzie nie widzę w nim minusów. Nie narzekam nawet na zatłoczone, szczególnie w pełnych sklepików i tawern dzielnicach Topanas i Ewreika małe uliczki. Przyglądam się bramom, weneckim loggiom, zaglądam do katolickiego kościoła, pokonuję mnóstwo schodków, podziwiam drzwi, okiennice i … kołatki. Znajdę średniowieczną synagogę Etz Hayyim, która jest jedyną czynną synagogą na Krecie: uda mi się nawet wejść do środka, choć szczęście sprzyja mi dopiero za drugim razem (warto zajrzeć do małego ogrodu z kilkoma grobami - tuż przy synagodze). Któreś popołudnie spędzę w ładnie utrzymanych a założonych w 1870 roku Ogrodach publicznych (z niesamowitym fikusem!), w których urządzono niewielkie ZOO cieszące przede wszystkim dzieci. Na terenie ogrodów zasiądę w kafeterii z wnętrzem jak wyjętym ze starego filmu. Podobne wrażenie odniosę patrząc na przechadzających się pomiędzy stolikami kelnerów w muszkach oraz na przesiadującą tu klientelę: lokal upodobali sobie starsi mieszkańcy miasta. Młodzieży tu doprawdy niewiele.

Tuż obok Ogrodów publicznych znajduję ulicę Kornarou: przejście nią sprawia mi wiele radości. To tutaj niejaka kirija Waso zdobi ściany budynków najróżniejszymi malunkami. Mam szczęście: kiedy pojawiam się któregoś dnia na ulicy Kornarou, kirija Waso tworzy kolejną dekorację – to bardzo sympatyczna osoba!!! Oglądam tu wszystko przechadzając się ulicą Kornarou i to aż dwukrotnie: malunki autorstwa kirii Waso zdobią ściany budynków po obu stronach ulicy.

Któregoś dnia znajoma mieszkająca w Chanii proponuje mi kilkugodziną wycieczkę poza miasto: korzystam z ochotą, bo nie widuję jej często, a to okazja do rozmowy. Znajoma wyjaśni mi, że ten oto zastanawiający mnie duży teren w rejonie Nea Chora to dawna fabryka mydła (ależ potężny komin tu widzę!), dodając, pokazując na obiekt nad morzem, że to teatr/centrum kultury, który będzie nosił imię Mikisa Theodorakisa. Okrążając zatokę Souda jedziemy do nieodległej starożytnej Aptery, której ruiny odkryte zostały w XIX wieku – nie byłam tu nigdy. To, co dziś można tu obejrzeć to fragmenty murów obronnych, cysterna, łaźnie, teatr oraz kościół, jednak uważa się, że ziemia skrywa tu w sobie nadal niezwykłe tajemnice, brak jednak wystarczających środków na intensywne prace wykopaliskowe. Z terenu usytuowanego na wzgórzu roztacza się piękny widok na zatokę Souda. Będąc tu można obejrzeć nieodległą twierdzę Koules oraz niedostępny dla zwiedzających, a kuszący niezwykle, kiedy patrzeć na zeń z góry fort Intzedin (dawne więzienie). Czytałam gdzieś, że od czasu zlikwidowania więzienia – potężne bramy fortu otwierane są tylko raz w roku: 15 dnia grudnia, by wiernym umożliwić modlitwę w znajdującym się na terenie fortu kościółku Agios Elefterios. Wspólnie ze znajomą odpoczniemy przy kawie w jednym z jej ulubionych miejsc: niesamowite Kafenijo tis Kaitis z magicznym ogrodem pełnym drzew z granatami i dalekich od tandety dekoracjami - skradnie moje serce!

październik 2017: Kreta i Ateny
W Kafenijo tis Kaitis z magicznym ogrodem pełnym drzew z granatami
Kiedy po czterech dniach odjeżdżam autobusem KTEL do Rethymnonu – wspominam bardzo mocno znajomą z Chanii: prowadząc auto mówiła, że ceni sobie tutejszych kierowców, ale drażni ją to ich uwielbienie dla podjeżdżania bardzo blisko poprzedzającego auta. To czucie innego pojazdu, a już z pewnością wielkiego autobusu, wprost na plecach – musi być mocno stresujące. Kierowca autobusu, którym zmierzam do Rethymnonu jedzie tak, jakby droga była torem wyścigowym. Bardzo mnie to denerwuje i postanawiam nie patrzeć na drogę: zresztą wkrótce i tak robi się ciemno, więc i patrzeć nie ma na co. Rozmyślam o Chanii: cztery dni to dobry wybór, choć ukrywała nie będę, że mogłabym tu jeszcze zostać i z pewnością miałabym co oglądać. Zastanawiam się nad jakimś rozczarowaniem wywożonym z Chanii i już wiem, co nim jest: hala targowa! Naczytałam się o niej niezwykle pięknych opisów i wyobrażałam sobie coś w rodzaju prawie orientalnego bazaru, no, może jak Agora w Atenach? Sam, wzniesiony na planie krzyża ponad 100 lat temu, budynek jest kopią hali marsylskiej i może się podobać. Napotkana Polka prowadząca jeden ze sklepików opowiada, że budynek jest w tragicznym stanie, że w czasie deszczu przecieka mu dach i że będzie zamknięty, bo trzeba dokonać wielkiego remontu. Choć spaceruję po hali z jednego jej krańca na drugi, wchodzę w boczne skrzydła – nijak nie mogę doszukać się tu tej oczekiwanej przeze mnie atmosfery bliższej tej z arabskiego suku, a już na pewno ateńskiej Agory niż krakowskich Sukiennic, a niestety: skojarzenia z krakowskimi Sukiennicami nie potrafię się pozbyć… Szkoda!

Spoglądam na zegarek i już wiem, że jeszcze trochę czasu spędzę w tym autobusie prowadzonym przez kierowcę – rajdowca. Muszę zająć czymś myśli: inaczej podejdę do niego i zwrócę uwagę, że ludzi wiezie. Mój autobus po raz kolejny z dużą prędkością wyprzedza inny autobus…

- Czy on postanowił wyprzedzić wszystkie autobusy na Krecie? – pytam po chwili samą siebie…

Wracam myślami do Chanii… Uśmiecham się na myśl o tym, jak często mieszkańcy miasta oddają się ulubionemu hobby czyli grze w tawli (tryktrak). To coś niesamowitego w jak wielu miejscach Chanii gra się w tawli! Doświadczę potem, że w Rethymnonie też, ale można to zauważyć znacznie rzadziej. Odgłos rzucanych kostek to dźwięk nie do zapomnienia, a w tawli grają i starsi, i młodsi, i całkiem młodzi - taki to widać tutejszy narodowy sport. Przypominam sobie zajście z dwoma młodymi panami w wieku mego syna (albo młodszymi) w kafeterii Koukouvaya (Sowa) na przedmieściach Chanii: widząc, że stoję nad nimi i robię zdjęcia – zaczynają się wgapiać w mój obiektyw tak, że zmuszona jestem powiedzieć: "Chłopcy, grajcie dalej! Przykro mi bardzo, ale jestem z tych bardziej zainteresowanych tawli niż wami". Bawimy się w trójkę setnie nie mogąc przestać się śmiać!!!

Z trudem tłumię śmiech przypominając sobie tę historię, a nie mogę się głośno śmiać: jadę sama i wyglądałoby to dość dziwacznie.

Rethymnon – moje wymarzone miasto wita mnie ciemnościami. Nie jest jeszcze tak bardzo późno, ale w październiku to już ciemności Odbiera mnie z dworca Michalis i przez kilkanaście minut wiezie do domu, po czym znika, bo musi jeszcze popracować w biurze. Przez kolejne dni zauważę, że mam z tego domu do Starówki raptem 7 minut spokojnego spaceru, natomiast jazda autem wymaga znacznie więcej czasu: Rethymnon nie jest wolny od korków oczywiście i różnych objazdów, w tym spowodowanych wielością jednokierunkowych uliczek.

W domu wita mnie Irini, a na stole, mimo późnej jak na kolację pory, prawdziwa kreteńska uczta. Patrzę na to wszystko i już wiem, że z gościnnością mieszkańców Grecji, w tym oczywiście i Krety, dietetycy i wszelkiej maści specjaliści od żywienia zawsze u mnie przegrają.

- Chodź – Irini bierze mnie za rękę. – Chodź na chwilę na taras.

Posłusznie idę za Irini.

- Patrz tam! – pokazuje.

Oczom moim ukazuje się forteca: oświetlona o tej porze wprawia mnie w niezwykły nastrój. Rethymnon: miasto, o którym tyle lat marzyłam.

Nie mam konkretnych planów, jeśli chodzi o dnie przeznaczone na Rethymnon, choć mówię Irini, że w dwa czy trzy miejsca chciałabym zajrzeć koniecznie, bo wrócę niespełniona. W czasie późnej kolacji dowiaduję się, że mogę rano pojechać za Rethymnon, na wycieczkę, która zajmie pół dnia.

- To malutki busik: CheckinCreta nie organizuje wycieczek autokarowych. Pięć czy sześć osób jest umówionych, a maksymalna ilość to dziesięć czy jedenaście, ale teraz jest już po sezonie, więc i turystów mniej. Może dasz się skusić? Mamy miejsce dla Ciebie – proponuje Irini.

Nie odmówię, bo propozycja jest kusząca, choć wiem, że to odsunie o kilka godzin ode mnie uliczki Rethymnonu, których tak bardzo pragnę.

Wyjeżdżamy rano zabierając po drodze umówionych turystów z ich hoteli. Pochodząca z Ierapetry Irini opowiada o tym, co widzimy po drodze, a mały busik pokonuje kreteńskie wzniesienia. Mijam mniejsze i większe góry, zielone doliny, czasem w oddali pojawi mi się morze, mijam wioski, w których powoli budzi się życie…Tak dojeżdżamy do monastyru Moni Arkadiou (Arkadi): to nieco ponad 20 km od Rethymnonu. Jest wcześniej i nie ma tu nikogo… Pięknie!

Patrzę na stary wiatrak i mam ochotę wejść na górę po kilku schodkach.

- Idź na teren monastyru, póki nie ma tu nikogo. Później z pewnością przyjadą jakieś autokary i zrobi się tłoczno. Na wiatrak i okoliczny teren przyjdzie pora później – mówi Irini znając moje upodobania i tutejsze zwyczaje. Przyznaję jej oczywiście rację.

Przekraczam potężną bramę (wstęp płatny) i staję na dziedzińcu.

- Więc to tutaj… - myślę przyglądając się temu pochodzącemu z XVI wieku monastyrowi. Nie byłam tu nigdy, ale dzięki rozlicznym fotografiom i opowieściom monastyr jest mi dobrze znany. To miejsce jest dla Kreteńczyków, ale i dla Greków, bardzo ważne: jest pomnikiem walki o niepodległość z uwagi na tragiczne wydarzenia z 1866 roku. Wpatruję się w przepiękną fasadę: widać tu jeszcze ślady walk… Wszystko tu pootwierane: wchodzę do kościoła, a potem przechadzam się po terenie zaglądając do udostępnionych pomieszczeń oraz urządzonego tu, całkiem sporego, muzeum. Nie niepokojone przez nikogo koty wygrzewają się w słońcu, a w ogrodzie tyle kwitnących kwiatów… Październik: przepiękny czas na zwiedzanie Krety. Kiedy kieruję się już do wyjścia, na dziedziniec wkracza wielka grupa turystów: koty uciekają jak poparzone… Tak, Irini miała rację! Cieszę się, że monastyr mam już obejrzany, że w ciszy i spokoju mogłam nakarmić duszę atmosferą tego miejsca… Teraz w ciszy i spokoju mogę obejrzeć wiatrak, w którym znajdują się szczątki ofiar wydarzeń z 1866 roku oraz popatrzeć z góry na zieloną okolicę: piękne miejsce i tak się cieszę, że tu przyjechałam. W ramach tej wycieczki zwiedzę niedawno otwarte, urządzone nowocześnie i interesujące Muzeum Archeologiczne w Elefthernie (wstęp płatny i zakaz robienia zdjęć, w tym również budynkowi). Dobrze, że mam sporo czasu i nie muszę się spieszyć, bo spieszyć się w czasie wakacji wyjątkowo nie lubię: sporo tu eksponatów do obejrzenia i mnóstwo informacji do poczytania, a i wyświetlany film warto przecież obejrzeć.

Z okna busiku, którym tego dnia podróżuję, przyglądam się Krecie: ileż tutaj drzew oliwnych, a średnica pniów niektórych wydaje mi się niezwykle duża. Drzewom oliwnym mogę przyglądać się godzinami: jest w nich dla mnie coś fascynującego, stąd cieszy mnie stała w zasadzie obecność ich wokół.

Na czas dłuższy busik zatrzymuje się w górskiej wiosce Margarites. Mieszkańcy jej żyją z garncarstwa, co doskonale widać kiedy przejść główną ulicą wioski: wybór ceramicznych naczyń przyprawia o zawrót głowy. Zaglądam do Tsikalario: miejsca, gdzie od dziesięcioleci (jak nie dłużej) w sposób tradycyjny wytwarza się ceramikę. Oglądam stary piec do wypalania gliny i patrzę na wielkie, piękne pytosy: echh, gdyby tak mieć wielki taras… - marzy mi się! Podchodzę do starszej kobiety w upacianym gliną fartuchu: widzę, że mnie nie poznaje, ale i nie spodziewa się mnie tutaj przecież.

- Kirija Eleni? Ime Betaki apo Warsowija [Pani Eleni? Jestem Betaki z Warszawy] – mówię nieśmiało.

- Achh…… - kirija Eleni rozkłada ramiona, w które z radością wpadam nie bacząc na jej poplamiony fartuch.

Poznałyśmy się w Warszawie, dokąd kirija Eleni przyjechała, by pokazać na „Panoramie greckiej” w 2016 roku produkowaną przez siebie ceramikę. Wielokrotnie wspominałam w swoich opowieściach, ile magii czuję w procesie tworzenia ceramiki, jak pojąć nie umiem, co trzeba mieć w dłoniach, by z bezkształtnej kulki gliny powstały takie cudeńka i jak godzinami mogę przyglądać się temu procesowi gdziekolwiek tylko znajdę warsztacik. Jedno z moich ulubionych zajęć na greckie podróżowanie to właśnie wpatrywanie się w to coś, co jest takim niczym, a po kilku czy kilkunastu minutach staje się takie wielkie. Kirija Eleni pamięta, jak lubię patrzeć na to, co robi: ciągnie mnie do swojego koła, nabiera w dłonie trochę gliny… Patrzę na jej zniszczone ręce kształtujące dzbanek jak zaczarowana!

październik 2017: Kreta i Ateny
Kirija Eleni w wiosce Margarites
Oglądanie wspólnie z Irini wioski Margarites rozpocznę od wejścia do wzniesionego na przełomie XV-XVI wieku monastyru Iera Moni Sotiros Christou i Agiou Gedeon [gr.: Μονή Σωτήρος και Αγίου Γεδεών]. Posadowiony nad wioską - zachwyci mnie tym, co widać z jego terenu. Mimo trwających małych prac remontowych zostaniemy wpuszczone do prześlicznego kościółka: achhh ten zapach, od którego od blisko 30 już lat nie mogę się uwolnić, ale i przecież nie chcę.

- Zapalmy tu świeczki – mówię do Irini. – To takie niezwykłe miejsce.

Wrzucamy kilka drobnych do puszki, a potem w ciszy przyglądamy się płomieniom naszych świec… Piękna chwila! Przed wyjściem z kościółka Irini uleje sobie w zgięta dłoń ze stojącej tu butelki troszkę wody święconej i nałoży ją na policzki: jest mi niezręcznie pytać czy to tak tylko czy to coś oznacza. Wstąpimy również na tutejszy, niewielki cmentarzyk.

- Każdy grecki cmentarz ma swoją tragedię – stojąc przy grobie15-letniego Markosa przypomnę sobie to, co zauważyłam lata temu.

W samej wiosce, w jej dolnej części, w starym małym kościółku znowu zapalimy nasze świeczki i siądziemy na murku by poprzyglądać się turystom: o tej porze roku nie ma ich wielu, ale to nie oznacza, że nie ma ich w ogóle. Kiedy chcemy coś zjeść w ulubionej tawernie Irini i do tego chciałybyśmy mieć widok na dolinę – dość długo wypatrujemy wolnych krzesełek: znalezienie ich wcale nie jest takie proste, bo dużo tu ludzi.

Wczesnym popołudniem przywitam się z miastem Rethymnon: tak długo na to czekałam! Bez mapy oczywiście, bo taki mój zwyczaj pierwszego dnia, spontanicznie pokrążę po mieście, w którym zauważę dużo turystów To co mnie tu zaskoczy w porównaniu do Chanii to to, że w zasadzie nigdzie nie będę sama, a jeśli nawet to przez krótką chwilę, bo za moment ktoś wyłoni się zza rogu. Zupełnie przypadkowo, w sposób nieplanowany, obejdę dokoła teren fortecy – symbolu miasta: wiedziałam, że jedna z największych na Krecie, ale że aż tak wielka? Nie pamiętałam, ba, miałam wrażenie: że wówczas objechałam ją autem… Co za błąd! – ganię się teraz za własne zachowania z przeszłości: przecież to taki piękny spacer no i morze wciąż tuż obok…

- Może do takich zachowań jak teraz trzeba dojrzeć? Dorosnąć? – zastanawiam się patrząc na potężne mury z widocznymi na górze maleńkimi „okienkami”, które z pewnością tylko maleńkie się wydają.

Zwiedzenie fortecy zostawię na inny dzień: póki co chcę nacieszyć się całym miastem. Przypominam sobie jedną z tawern z tych pod fortecą… Tak: tu byłam! Pamięć mi wraca? Sama w to nie wierzę wpatrując się długo długo w znajome miejsce…

Pamięć mi wraca tylko fragmentarycznie i to w miejscach szczególnych: takich, jak ta tawerna. Pamiętam, że siedziałam tu późnym wieczorem i patrzyłam na położone niżej miasto… Takich widoków nie zapomina się przez lata, a może i nigdy?

Krążąc uliczkami niezwykle pięknej Starówki nie odnajduję jednak Rethymnonu z czasów Prevelakisa: nie ma, po prostu go nie ma! W żadnym miejscu nie doznaję skojarzeń, choć chyba trochę na nie liczyłam, bo czuję takie niewielkie rozczarowanie. Wmawiam sobie, że z pewnością coś bym odnalazła, gdyby nie ta nie ta wielość pozapychanych towarem sklepów i sklepików, gdyby nie ta wielość turystów, których nigdzie tu nie brakuje … Nie przeszkadzają mi: to nie takie ilości, aby stać w nożnym korku, co w sezonie w takich miejscach się zdarza, ale już taka, która płoszy to coś, co czasem znajduję w powietrzu tylko ja. Kiedy któregoś dnia stanę przy pomniku Prevelakisa – zapytam:

- Jak pan widzi to swoje, a już tak nie swoje przecież miasto?

Odpowiedzi nie doczekam, a kiedy innego dnia stanę na ulicy Prevelakisa zrobi mi się jakoś przykro: czemu imieniem tak znakomitego pisarza nazwano tak malutką uliczkę? Podobnego uczucia przykrości doznam później w Heraklionie: wszak tam imieniem największego chyba greckiego pisarza, Nikosa Kazantzakisa, nazwano również małą uliczkę. Czasem mi trudno zrozumieć takie działania.

październik 2017: Kreta i Ateny   październik 2017: Kreta i Ateny
Na Starówce w Rethymnonie
Starówkę w Rethymnonie ujrzę jako zupełnie odmienną aniżeli tę w Chanii – trudno mi je nawet porównać. Wielkościowo według mnie ta w Rethymnonie bije na głowę tę w Chanii - w Rethymnonie można się nieźle zagubić, ale sprawia to tylko przyjemność. Sklepów tu mnóstwo, choć są i cichutkie uliczki – większość (jak nie wszystkie) pozamykane dla ruchu samochodowego – i dobrze! Najczęściej słyszę tu język niemiecki (nie zarejestrowałam tej przewagi w Chanii), a najwięcej tu chyba sklepów z biżuterią: z nimi, jeśli myśleć o sklepach, będzie mi się Starówka w Rethymnonie już zawsze kojarzyła. Wybór wyśmienity!

- Czy wiesz, czym się różni Rethymnon od Chanii? – zapyta mnie któregoś dnia Michalis, kiedy wpatrując się w oświetloną latarnię morską będziemy sączyć doskonałe wino. – A tym, że nasze miasto całe żyje i nie ma tu wyludnionych, martwych miejsc, tak jak w Chanii…

Zadumam się nad tym: tak, taka jest różnica i to widać wyraźnie …

Spaceruję po mieście czasem sama, czasem z Irini, a czasem z obojgiem: lubię z nimi spacerować, bo opowiadają mi o mieście oraz prowadzają do swoich ulubionych kafeterii i tawern, a takie miejsca bardzo cenię. Spaceruję po mieście w dzień, ale i późno w nocy… Są w Rethymnonie takie miejsca, gdzie nawet o północy trudno znaleźć wolne krzesełko: Kreteńczycy nazywają je rakadiko.

- Rakadiko? – dopytuję, bo pierwszy raz słyszę takie słowo.

- No tak! Od raki! Tam gdzie się pije ouzo to ouzeri, a tam gdzie raki – rakadiko… - wyjaśnia Michalis.

I w rakadiko właśnie zawsze tłumy: tu najczęściej można posłuchać muzyki na żywo i myślę, że to powoduje problem z wolnymi miejscami. Rakadiko rzeczywiście w klimacie przypomina doskonale znane mi ouzeri: całkiem dobry wybór potraw typu meze, do tego alkohole …I ta muzyka bolesna czasem dla duszy… To dźwięki najpopularniejszych i typowych dla Krety instrumentów: liry i laudo stan ten powodują… Tęskne dźwięki, tęskne czasem do bólu!

Kiedy po raz pierwszy pojawię się w miejscu, o odwiedzeniu którego marzyłam: w miejscu, w którym robi się tak ważne w greckiej kuchni ciasto filo – poniosę okrutną klęskę i zawsze już dziękować będę losowi za to, że tego dnia przyszłam tu z Irini: sama z moim greckim bym sobie tu nie poradziła w takich okolicznościach! Za wyraźnym zaproszeniem kirii Kateriny wrócę tu rano następnego dnia, by obejrzeć jedno z najpiękniejszych przedstawień, jakie dotąd przygotował dla mnie los: zobaczę, jak robi się ciasto filo. Tak: takie marzenie do Rethymnonu ze sobą przywiozłam i dobry los sprawił, że mogłam ten niezwykły spektakl obejrzeć.

Zauważam któregoś dnia, że trudno mi się nasycić tutejszą Starówką: mam ochotę wciąż do niej wracać. Spędzam tu wieczory, ale i w ciągu dnia kiedy tylko mogę przechodzę przez choć kilka uliczek i wciąż coś nowego dla siebie zauważam: a to kolejne stare drzwi, na widok, których, podobnie jak w Chanii, wpadam w zachwyt, a to kolejny kościół czy kościółek, albo wąska uliczka, którą dotąd nie szłam… Takich uliczek objawia mi się tu wciąż wiele: w niektórych urządzono ogródki zacisznych tawern czy kafeterii, a ja wciąż dostrzegam coś nowego dla moich oczu… Niesamowity ten Rethymnon jest dla mnie! W mieście doskonałym miejscem dla odpoczynku w ciągu dnia są Ogrody miejskie. Od jakiegoś czasu cenię sobie w dużych miastach takie oazy zieleni: przy wysokiej temperaturze, słońcu i wielkomiejskim hałasie wydają się być rajem. Ogrody miejskie w Rethymnonie nie są obszarowo olbrzymie, ale pozwalają doskonale odpocząć od zgiełku miasta i upału: dużo tu ławeczek, sporo dekoracyjnych rzeźb oraz kwiatów, a nadto kafeteria. Te Ogrody to idealne miejsce do odpoczynku po zwiedzeniu terenu tutejszej Fortecy: teren to wielki i w zasadzie nieosłonięty przed słońcem. Nawet jeśli mniej interesują nas pozostałości po czasach weneckich to i tak do Fortecy przyjść należy (wstęp płatny), bo to stąd rozciągają się przepiękne widoki i na morze i na miasto. Warto przyglądać się w mieście plakatom i zasięgać informacji: w tutejszym teatrze często odbywają się koncerty, a niektóre budynki wykorzystywane są dla urządzania wystaw czy galerii.

W czasie przeznaczonym na Rethymnon dam się zabrać Irini i Michalisowi na jeszcze jedną wycieczkę zorganizowaną przez CheckinCreta. Tak naprawdę nie bardzo znam te tereny, które widnieją w programie tej wycieczki, stąd, korzystając w wolnego miejsca w busiku (jak to dobrze przyjechać po sezonie!) oraz z zaproszenia – na tę wycieczkę się wybiorę. Tym razem opiekował się będzie mną Michalis, a ja czuję się doskonale słuchając jego kreteńskich opowieści i małych dykteryjek.

październik 2017: Kreta i Ateny   październik 2017: Kreta i Ateny
W wąwozie Patsos [inna nazwa Agios Antonios]
I tak, dzięki przecież przypadkowi tak naprawdę, stanę nad jeziorem Potami Dam, o którym nawet dotąd nie słyszałam: urządzono je w 2008 roku w dolinie Amari, w odległości około 25 kilometrów od Rethymnonu. W niekontrolowany natomiast zachwyt wpadnę w wąwozie Patsos [inna nazwa Agios Antonios: od znajdującej się tu kapliczki]. Oczywiście, że w czasie tej wycieczki nie ma możliwości przejścia tego wąwozu w całości, jest jednak wystarczająco dużo czasu na to, aby przejść przez pewien odcinek, podumać w malutkiej, wykutej w skale kapliczce, popatrzeć na niezwykle malownicze drzewa i wielkie, o ciekawych kształtach skały, postać na drewnianym mostku, by popatrzeć na mieniące się w słońcu wody płynącej wąwozem niewielkiej rzeki. Ten niezwykle fotogeniczny wąwóz wpisuję sobie od razu w pamięci do grona moich ulubionych kreteńskich miejsc.

Przemierzając kreteńskie kilometry – busik mój mija wioski i wioseczki, a tablice z nazwami miejscowości z widocznymi śladami po kulach wcale, jak to na Krecie, do rzadkości nie należą. Busik mój zatrzyma się na wzgórzu, z którego jednocześnie będę mogła dostrzec północne oraz południowe wybrzeże Krety. Odwiedzę po latach wioskę Spili, która tak dobrze zapisała się w mojej pamięci, ale tym razem mnie rozczaruje. Jest pogodna, słoneczna i bardzo ciepła niedziela i mimo października w Spili kłębią się tłumy ludzi! Przyglądam się licznym sklepikom: jawią mi się jako nieco sztuczne, a atmosfery, której w Grecji poszukuję, nie sposób dostrzec z tutejszych kafeteriach. To, co mnie tu cieszy a i zadowala to dwa, sąsiadujące ze sobą, a znajdujące się w centrum wioski niewielkie kafenija: to nic, że nieco obskurne, to nic, że prosto urządzone: to jest to, czego w Grecji poszukuję i co mi się właśnie podoba. Popijając tu eliniko – mam się dobrze i wcale mi nie przeszkadza obecność wyłącznie mężczyzn: tak, Greczynki tu nie usiądą, a turystki wybiorą raczej te bardziej eleganckie kafeterie z szerokim wyborem czy to kaw czy deserów. Kiedy już nacieszę się atmosferą kafenijo – przejdę po wiosce, by poprzyglądać się starym domom: niektóre z nich są doprawdy piękne mimo, że czasem mocno zniszczone. W jednym z nich i to takim około 250-letnim urządzono niewielkie muzeum z narzędziami, przedmiotami użytku domowego czy dawną odzieżą. Podejdę do tutejszej atrakcji: to wenecka fontanna z dwudziestoma pięcioma lwimi głowami.

– Czy wiesz, że część z nich, ta znajdująca się po lewej stronie to rzeźby współczesne wykonane dla uatrakcyjnienia miejsca? – mówi Michalis.

Nie wiedziałam!

Jedziemy dalej, a pogoda taka piękna: październikowe wakacje na Krecie to doskonały wybór, choć wysoko, wysoko, w tym miejscu, skąd patrzyłam na oba wybrzeża wyspy było chłodnawo zwłaszcza, że dość mocno wiał wiatr. Chwilę popatrzę na wąwóz Kourtaliotis (Kourtaliotiko), a potem już będę się cieszyć morzem: co prawda nie Egejskim a Libijskim, ale jednak greckim odwiedzając plaże: Ammoudi, Ammoudaki (dla naturystów), Klisidi i Damnoni, gdzie woda w morzu ciepła, ale nie tak bardzo jak w okolicach Rethymnonu.

Będąc w mieście odwiedzę moją znajomą, Danutę, idąc do niej spacerem brzegiem plaży przez mniej więcej dwa kilometry: niezwykły spacer, gdzie wody Morza Egejskiego wciąż dotykają mych stóp i łydek. Patrzę na kąpiących się ludzi, na tych opalających się leniwie na leżakach… Czy to naprawdę październik? Woda w Bałtyku nie jest dla mnie w sezonie tak ciepła jak tutaj w październiku właśnie. U Danuty, prowadzącej w Rethymnonie sklepik z własnymi wyrobami Mourelo, spędzę kilka godzin. Nie pojmę nigdy skąd u ludzi taki talent jak u Danuty właśnie. Oglądam z zachwytem stworzone przez nią bransoletki, kolczyki, klipsy, serwetki, chustki i dziesiątki innych przepięknych przedmiotów. Kiedy rozmawiamy popijając kawę - Danuta wciąż szydełkuje: patrzy na mnie i szydełkuje … Mogłabym powiedzieć, że te cudeńka tworzą się same, choć to przecież nie jest prawdą! Z szydełkiem w moich dłoniach tak piękne rzeczy z pewnością nie mają szans powstać. Brawo sou!

październik 2017: Kreta i Ateny
Rethymnon: biżuteria wytwarzana przez Danutę z Mourelo
Kiedy już dzięki Irini poznam smak najlepszej w mieście bougatsy i zapamiętam, gdzie należy ją jeść - nadejdzie czas mego pożegnania z moim ukochanym kreteńskim miastem: odprowadzona przez Irini i Michalisa znajdę się na dworcu, by wsiąść do autobusu, który zawiezie mnie do Heralionu. Serdecznie żegnam się ze znajomymi dziękując im za wszystko, w tym taką wspaniałą gościnność, i mając nadzieję na spotkanie jeszcze w tym roku w Warszawie.

- A idź koniecznie zjeść najlepszą bougatsę w Heraklionie! – krzyczy Irini kiedy autobus już zamyka drzwi i odjeżdża mimo, że do planowanego odjazdu jeszcze pięć minut! - „Kirkor”! Zapamiętasz nazwę?

Obiecuję zapamiętać: wydaje mi się prosta, bo kojarzę Kirkora z „Balladyny”, ale prosta tylko do momentu, kiedy nie wpadnę w ramiona moich znajomych z Heraklionu: Ewy, Natalii, Magdy i Vangelisa. Każdy z nich otoczy mnie taką opieką, tak zaplanuje mój czas, tak postara się, abym każdą piękną chwilę zapamiętała jak najlepiej, że z tych wielkich wrażeń nazwa „Kirkor” zupełnie mi uleci. Dopiero ostatniego dnia, wracając z Vangelisem z już udostępnionej dla zwiedzania i przepięknie urządzonej twierdzy Koules, przypadkowo stanę przy fontannie Morosini i krzyknę niemal widząc szyld:

- Patrz Vangelis! To tutaj! To tutaj gdzie te tłumy siedzą!

Miejsce to, jak wynika z szyldu, działa od 1922 roku, a wokół niego krążą legendy przyciągające wciąż tłumy ludzi. Sława tego miejsca i wyjątkowość tutejszej bougatsy rozciąga się na całą Kretę.

Ewa, jako gospodyni domu, w którym mieszkam – przechodzi samą siebie: jestem zaskoczona kiedy kładzie na stole wielką torbę kreteńskiego suchego chleba paximadi, pomidory, oregano, kiedy pokazuje gdzie stoi oliwa, a skąd wziąć fetę i oliwki…

- To na twoje śniadania: mówiłaś tyle razy, że tak lubisz dakos i że za nim tak tęsknisz… Kupiłam najlepsze, najsmaczniejsze pomidory… - mówi, a ja ze wzruszenia nie wiem, co mam powiedzieć…

Istotnie: kreteńskie dakosy mogę jeść w nieskończoność i codziennie. Nie ma ryzyka, że mi się znudzą: są niezwykłe, a smak tutejszych pomidorów nie ma sobie równych.

Nie upieram się przy pozostaniu w mieście: byłam w Heraklionie stosunkowo niedawno, spędziłam w nim kilka dni i nie muszę tu być, choć kryć nie będę: lubię to miasto i spacer z Ewą, która oprowadzi mnie przez te okolice, gdzie znajduje się katedra Świętego Minasa (Św. Menasa / gr.: Ο Καθεδρικός Ναός του Αγίου Μηνά] sprawi mi wiele radości zwłaszcza, że Ewa tak ciekawie opowiada o mijanych miejscach. Innego dnia Magda zabierze mnie na piękną wystawę poświęconą wielkiemu Kreteńczykowi, Nikosowi Kazantzakisowi, urządzoną w Kenouria Porta, by potem przejść razem ze mną po murach do grobu pisarza, który lubię odwiedzać. Magda pokaże mi także stary Heraklion w okolicach Kommeno Bedeni, bo tę część jakoś słabo pamiętam i ją o to, jako wielbiciel starych domów, poproszę. Dwukrotnie odwiedzę w Heraklionie laiki jako ich miłośnik: z Magdą pójdę do dzielnicy Neos Kosmos, a z Natalią na największe laiki w Heraklionie, które odbywają się w soboty i to zupełnie blisko domu Ewy. Przyznam, że istotnie tak wielkich laiki dotąd nie widziałam nigdzie, choć laiki odwiedzam od wielu, wielu lat przecież. Te tutaj dodatkowo mnie cieszą, bo udaje mi się czasami wypatrzeć Kreteńczyka w tradycyjnym stroju: czy to sprzedawcę czy klienta. Przyglądam się takim osobom z wielkim zainteresowaniem!

październik 2017: Kreta i Ateny   październik 2017: Kreta i Ateny   październik 2017: Kreta i Ateny
Na laiki w Heraklionie
Nie mam w ogóle planów na tych kilka dni przeznaczonych na Heraklion, choć nie ukrywam przed Ewą, że chętnie po 17 latach odwiedziłabym Matalę: tamtejsze starożytne cmentarzysko to jedno z moich ulubionych miejsc w całej Grecji a, podobnie jak w przypadku zakątków Chanii i Rethymnonu, czas powoli zaciera mi rzeczywisty jego obraz. Matala to miejsce, które mnie przeraża kiedy oglądam zdjęcia znajomych z czasu, kiedy na Krecie trwa wielki sezon: przyjeżdżają tu niewyobrażalne tłumy, podobnie zresztą jak i do Chanii, ale w październiku nie powinno być tak źle – tłumaczę sobie. Marzę o takiej Matali, jaką zapamiętałam z września sprzed blisko dwudziestu lat i boję się rozczarowań.

- Wiesz – mówię któregoś dnia do Natalii. – Jeśli mam się rozczarować wolę do Matali w ogóle nie jechać i zostawić w mej pamięci tamte obrazy mimo, że już lekko zakurzone.

Zdobywam się jednak na odwagę i w piękny, słoneczny dzień jedziemy z Ewą wygodnym autobusem do Matali. To, co jest dla mnie trudne do zapamiętania w Heraklionie to miejsca, z którego odjeżdżają autobusy poza miasto: do Matali to z tego dworca, do Agios Nikolaos stamtąd, a jeśli chcemy do Archanes to idziemy tam, a z Rethymnonu przyjechałam chyba jeszcze w inne miejsce … Te dworce i przystanki zdecydowanie mi się w Heraklionie plączą! Nie muszę się tym zamartwiać, bo nie jestem tu sama, ale myślę, że to najtrudniejsza dla mnie rzecz do zapamiętania, gdybym oczywiście zapamiętać musiała, ba: gdybym wiedzieć to wszystko musiała!

Piękna ta trasa, która prowadzi mnie z Heraklionu do Matali. Autobus zatrzymuje się w kilku wioskach i mogę podejrzeć fragmenty codziennego życia. Kierowca jest bardzo miły i na dodatek słucha muzyki, która i mnie się podoba. Widzi, że robię wciąż zdjęcia.

- Powiedział, żeby zwrócić twoją uwagę na te skały po prawej stronie – mówi nagle Ewa gdzieś mniej więcej na wysokości wioski Prinias.

Spoglądam przez okno i widzę porozrzucane wielkie głazy. Ewa wyjaśnia, że miejscowi mówią na te głazy psomia.

- Tak od chleba – tłumaczy i dodaje, że według jednych przekazów głazy te zrzucił sam Zeus ze szczytu góry Juchtas, a według innych to XI-wieczny bohater o imieniu Bazyli zrzucił je tu z sąsiedniej skały.

Dziękuję: sama bym na to nie zwróciła z pewnością uwagi.

Kiedy oczom moim ukazuje się przydrożna tablica z napisem „Matala” – serce podchodzi mi do gardła: jestem zwyczajnie szczęśliwa, że udało się tu przyjechać. Po obu stronach drogi widzę sznury zaparkowanych samochodów: jak to wyglądać musi w sezonie? Mijamy sklepy, sklepiki i stragany, mijamy bary, kafeterie i tawerny: wszystko tu pootwierane – pełen sezon! Słońce świeci jak oszalałe, a temperatura w cieniu w ciągu dnia dojdzie do 25 stopni: to dopiero październik! Zmierzamy w kierunku plaży zatrzymując się na tarasie jednej z kafeterii: ależ stąd widok i na plażę i na cmentarzysko! Na plaży wszystkie leżaki są zajęte, a ja nie umiem sobie wyobrazić, co tu się musi dziać w sezonie. Mam ochotę wypić kawę właśnie tutaj, na tym tarasie, ale chęć znalezienia się na terenie cmentarzyska jest tak wielka, że Ewa godzi się na wypicie kawy nieco później.

Schodzimy na dół, a ja zdejmuję buty i wchodzę do wody: co za temperatura! Zupełnie nie czuję różnicy pomiędzy temperaturą wody a powietrza. Sporo ludzi się kąpie, co przy tej temperaturze nie jest wcale dziwne.

październik 2017: Kreta i Ateny   październik 2017: Kreta i Ateny
Na terenie cmentarzyska w Matali
Podchodzę do budki by kupić bilet wstępu na teren cmentarzyska. To dla mnie nowość: 17 lat wcześniej wstęp był wolny. Jak się wkrótce przekonam płatny wstęp to wielki plus: po cmentarzysku chodzi się dziś przyjemnie, a kiedyś było tu zwyczajnie brudno, a i zapachy nie należały do najprzyjemniejszych. Wspinam się nieco po skałach, po czym dość długo przyglądam temu co stąd widzę: piaszczysto-kamienistej plaży z łagodnym zejściem do morza, zatoce… Widok stąd niecodzienny! Wchodzę do poszczególnych grot: tak długo na ten moment czekałam! W latach 60-tych i 70-tych XX wieku w grotach tych pomieszkiwali hippisi i niejako w nawiązaniu do tych czasów w Matali odbywają się coroczne festiwale z wieloma koncertami. To co oglądam dziś już mnie nie zaskakuje tak bardzo, ale pamiętam tu siebie sprzed 17 lat: patrzyłam zaskoczona na te wykute w skałach półki służące za łóżka, dostrzegając na niektórych z nich nawet kamienne podgłówki. Groty te nazywałam wówczas apartamentami: niektóre z nich jednopokojowe, często z jakimś patio, a niektóre i dwupokojowe. Zaglądam i teraz do kolejnych i kolejnych grot: w niektórych muszę się pochylać, ale w części mogę stać wyprostowana. Powszechnie uważa się, że groty te zostały wykute w okresie wczesnochrześcijańskim i służyły do chowania zmarłych, ale z uwagi na „wyposażenie” grot oraz ich układ nie można wykluczyć, że wcześniej służyły celom mieszkalnym. Jedno z moich ulubionych miejsc w całej Grecji to właśnie ta skała, to cmentarzysko – jest dla mnie czymś niezwykłym i dziękuję losowi, że udało się tu znowu po latach stanąć i to w tak przyjaznych warunkach: na plaży, w kafeteriach i tawernach tłumy, a na terenie cmentarzyska raptem kilka osób i piękna cisza należna temu miejscu.

W czasie mojego mieszkania w Heraklionie Natalia zabierze mnie na wycieczkę do górskiej wioski Kritsa: pojedziemy tam autobusem przesiadając się w Agios Nikolaos. Miasto Agios Nikolaos nie robi na mnie szczególnego wrażenia, choć pamiętam jak lata temu chciałam obejrzeć słynne tutejsze jezioro Voulismeni, o którym przewodniki pisały: „bezdenne jezioro”, a ja kiedy tu przed laty stanęłam od razu zauważyłam, że jezioro ma dno, bo przy transparentnej wodzie doskonale to widać, a nadto... wcale nie jest jeziorem a częścią morza. Tak jak poprzednio, tak i teraz niczego specjalnego nie znajduję dla siebie w Agios Nikolaos, choć znam osoby, które miejscem tym są zachwycone. Na dłuższą chwilę zatrzymam się jedynie przy interesującej kapliczce znajdującej się nad „jeziorem”, o której niczego nie udaje mi się wyczytać. Teren wokół „jeziora” zapełniony jest kafeteriami i tawernami, ale nie ma w nich dla mnie niczego autentycznego: zdecydowanie miejsce nie dla mnie.

Znacznie lepiej odnajduję się w wiosce Kritsa, położonej raptem 10 może kilometrów od Agios Nikolaos. Dziękuję losowi za to, że jesteśmy tu w połowie października: myślę, że w sezonie mnóstwo tu ludzi i wioska z pewnością traci swój urokliwy charakter. O tej porze roku oczywiście żadnych tłumów tu nie ma, choć garstkę turystów dostrzegamy: kręcą się oni najczęściej jednak w okolicy gdzie tawerny oraz sklepiki. Tutejszymi sklepikami jestem zachwycona, może nie jako sklepikami tylko obrazami ze sklepikami: są pootwierane, można w nich znaleźć mnóstwo obrusów, makat, poduszek, narzut i podobnych przedmiotów z założenia wykonanych ręcznie (nie sprawdzałam!), a przed prawie każdym siedzi jakaś kobieta i zawzięcie szydełkuje, coś na drutach robi albo wyszywa… Cudowne to obrazy! Ja poszukuję tu, wśród zabudowań, perełek: wiele domów jest zniszczonych i sprawia wrażenie opuszczonych, ale na wielu można dostrzec ślady dawnej świetności. Niektóre zakątki kojarzą mi się z tymi, które widziałam w Chanii: tutejsze drzwi również zwracają uwagę, a wielość kwiatów w donicach zdecydowanie przywołuje chanijskie obrazy. Poza terenem gdzie tawerny i sklepy - turyści nie spacerują i to jest takie piękne: możemy napawać się ciszą i niezwykłością tej wioski. Nie jest tak, że poza nami nie ma tu nikogo: na krzesełkach czy fotelikach przy niektórych domkach siedzą miejscowi podczytując gazety, rozmawiając albo wprost podsypiając, co też zauważamy.

październik 2017: Kreta i Ateny   październik 2017: Kreta i Ateny
W wiosce Kritsa
To co zachwyca mnie na Krecie to ilość czasu, którą mogę przeznaczyć na dane miejsce: mam go bardzo dużo i to jest cudowne. Już od lat cieszę się smakowaniem miejsc i daleka jestem od spędzania nie wiem ilu kilometrów w aucie albo ciągłego pośpiechu: to nie ma żadnego uroku, a mnie nie sprawia przyjemności. Stać mnie na to, aby cały dzień spędzić w Ewą i Natalią w wiosce Archanes, w której byłam nie tak dawno, ale to teraz ją dokładnie zwiedziłam, a nie wówczas: poprzednio tak naprawdę byłam w niej tylko przejazdem. Wioska zaskakuje mnie swoją wielkością: byłam przekonana, że jest znacznie mniejsza. Powiem więcej: teraz dopiero objawia mi się jako wioska ładna - poprzednio jakoś trudno było mi tę „ładność” zauważyć. Wiele czasu spędzam tu spacerując wąskimi uliczkami, z zachwytem w oczach oglądam kościół Panagia Faneromeni z XIV wieku. Jest otwarty, zaglądam więc do środka. Dostrzegam siedzącą na krzesełku starszą kobietę: ma zamknięte oczy. Nie wiem: przyszła się pomodlić czy pilnuje tego kościółka? Niech chcę jej przeszkadzać, stąd chodzę najciszej jak tylko potrafię.

Spoglądam na znajdującą się po drugiej stronie ulicy tawernę „O filozofos” – wygląda na bardzo tradycyjną.

- Bo i jest tradycyjna – mówi Natalia dodając, skąd taka nazwa, a ja już wiem, że muszę do tej tawerny zajrzeć.

W tawernie trafiam na wielką awanturę… Nie – myślę sobie – to nie awantura, to tylko wymiana zdań pomiędzy kilkoma starszymi Kreteńczykami, którzy już od przedpołudnia przesiadują w tej tawernie. Przyglądam się obrazkom na ścianach, ale zerkam na uczestników tej burzliwej i bardzo emocjonalnej rozmowy: ogromnie mi się atmosfera tego miejsca podoba! Zauważam, że jeden z mężczyzn znacząco mi się przygląda.

- Chodź – mówi do mnie, a ja podchodzę do niego i daję się wyprowadzić do ogródka pełnego donic z bazylią, oregano, czymś jeszcze…

Wypytuje mnie skąd jestem i co tu robię: tłumaczę w tym swoim biednym greckim najlepiej jak potrafię. Nie wiem jak stąd odejść nie urażając mężczyzny, który o czymś mi opowiada mówiąc do mnie mnóstwo słów, a ja i tak niewiele rozumiem zwłaszcza, że mówi szybko, a język, którym mówią Kreteńczycy jest nieco odmiennych od tego, który jakoś tam umiem zrozumieć. Tłumaczę coś wreszcie o przyjaciółce stojącej na ulicy i to okazuje się być argumentem ważnym. Mężczyzna urywa kilka gałązek któregoś z ziół.

- Gia sena – mówi do mnie podając symboliczny bukiecik. Miłe!

W Archanes znajduję kilka czy nawet więcej kościołów i kościółków: niektóre podobają mi się bardzo. Jeszcze bardziej podobają mi się tutejsze szyldy, szczególnie te stare, oraz jakiś spokój, który w tej niemałej przecież miejscowości panuje. Miejscowi mężczyźni okupują kafenija. „Lokalny parlament” – jak mówi jedna z Bliskich mi Dusz obraduje codziennie w większości greckich wiosek i miasteczek, nie tylko przecież tych na Krecie.

październik 2017: Kreta i Ateny
W wiosce Archanes
Kiedy nadchodzi czas mojego rozstania z Kretą – jest mi źle i jakoś smutno. Oczywiście cieszę się na spotkanie z Atenami i tamtejszymi znajomymi, ale jakoś silniej niż poprzednio związałam się z Kretą. Obiecuję Ewie, że tu jeszcze wrócę.

- Masz tu swój pokój, pamiętaj… – mówi jakoś smutno Ewa, od której przejmuje mnie Magda odwożąc na herakliońskie lotnisko.

Na lotnisku zastaję tłumy! Samoloty do Aten latają bardzo często, a mimo to w moim nie ma ani jednego wolnego miejsca. Myślę, że przy cenach biletów lotniczych równych cenom biletów na prom - 90% podróżnych podejmuje decyzję o locie, bo oszczędność czasu niesamowita przecież: prom z Heraklionu do Pireusu płynie aż 9 godzin. Jeszcze nigdy tak krótko nie leciałam samolotem: patrzę chwilę na Kretę widzianą z góry w świetle zachodzącego słońca, zjadam podaną mi bułeczkę, piję sok i samolot podchodzi do lądowania w Atenach – niesamowite: lot mój trwał trzy kwadranse!

Prosto z ateńskiego lotniska jadę kolejką proastiako do nadmorskiego niewielkiego, ale bardzo ładnego miasteczka Agoi Theodori w pobliżu Koryntu: tam oczekuje mnie Bliska mi Dusza, z którą spędzę tym razem trzy dni. Na stacji proastiako w Agoi Theodori doznaję szoku: Bliska mi Dusza postanawia chyba przyzwyczajać mnie coraz bardziej do greckiej rzeczywistości, w związku z czym przyjeżdża po mnie … skuterem!

- I ja mam na to wsiąść z tym wielkim bagażem i jeszcze tym podręcznym? – pytam z niedowierzaniem.

- Nie! Wielki bagaż zabierze Emilios: stoi tu ze swoim skuterem, a małą walizkę będziesz trzymała w łapce ty … - tłumaczy Katerina dodając, że nie przewidziała, iż zabieram w podróż dwie walizki i zaśmiewając się pod niebiosa, bo przecież dobrze wie, że boję się okropnie jeździć innymi jednośladami niż rower.

Myślę sobie, że to nie tak daleko: przecież wiem, że to niedaleko, ale … Tym razem odnoszę wrażenie, że dom Kateriny znajduje się sto kilometrów od stacji kolejowej a nie trzy czy cztery ... Ufff: wielka to ulga widzieć tę właściwą bramę wjazdową! Nieostrożnie mówię Katerinie, że nie musi mieć wyrzutów sumienia: doprawdy jazda skuterem nie była tak dramatyczna dla mnie, jak mogłam się spodziewać. Nieostrożnie, bo innego dnia Katerina postanowi zabrać mnie do nieodległego Koryntu i do stacji kolejowej znowu jedziemy skuterem… Nic mi nie jest zwłaszcza, że nie trzymając walizki mogę silniej obejmować Katerinę, ale nie ukrywam, że jakoś pewniej czuję się jednak w aucie! - Kwestia przyzwyczajenia – mówi Katerina i być może to tak jest.

Współczesnego Koryntu prawie nie pamiętam: wiele, wiele lat tu nie byłam, a poza tym tyle się zmieniło. Nieczęsto oglądam zdjęcia miasta: do antycznego Koryntu czasem różni znajomi przyjeżdżają, ale ten współczesny jest jakoś omijany.

Zaglądamy na tutejszy cmentarz: bardzo zadbany. Jest tu takie miejsce, z którego można spojrzeć na wzgórze Akrokorynt i sfotografować je z nagrobkami na pierwszym planie. W centrum miasta widzę sporo sklepów znanych marek: nie wiem czemu, ale doznaję skojarzeń z ateńską ulicą Ermou. Spacerujemy ulicą, która wydaje się być głównym deptakiem miasta prowadzącym nad morze: to Antistaseos. Dochodzimy nią do skweru, gdzie widzę pomnik Pegaza: ładny nawet, wyglądający na dość nowy, choć szkoda, że już widać na nim ślady poczynione spray’em. Myślę, że w lato miejsce to pełne jest ludzi: w porciku dostrzegam małe łódki oraz latarnię morską, a przy deptaku bary, kafeterie i tawerny. Nieco dalej znajduje się tutejsza plaża, ale już na nią nie zaglądamy.

październik 2017: Kreta i Ateny
Zupełnie niecodziennie w Agoi Theodori
Pozostałą część wakacji spędzam w Atenach, które od lat są moim drugim (po Warszawie) miastem, a powrót do nich sprawia mi za każdym razem nieopisaną radość. Poza spotkaniami ze znajomymi, pójściem na laiki i odwiedzeniem moich zakątków mam w planach obejrzenie wszystkich stacji kolejki ISAP/ilektriko (zwanej potocznie zieloną linią metra) począwszy od Omonii, a skończywszy na Kifisii, a to dlatego, że stacje z tej strony Omonii pamiętam już bardzo słabo, z czym nie czuję się dobrze. Na tę jazdę zielonym metrem przeznaczam pół dnia nie spiesząc się wcale: wchodzę do nadjeżdżającego pociągu, wychodzę na stacji następnej, której dokładnie się przyglądam często robiąc zdjęcia, bo na wielu zauważam całkiem ładne dekoracje. Czasem opuszczam w ogóle teren metra, bo dostrzegam jakiś kościółek, o, jak ten tuż przy stacji Kato Patissia: Ieros Naos Agias Xenis, który spodoba mi się bardzo. Często uśmiecham się sama do siebie myśląc, jak śmiesznie muszę wyglądać jeśli ktoś widzi mnie w kamerze.

W Atenach każdego dnia wstaję dość wcześnie, ale i tak dnie mijają niepostrzeżenie… Rozmyślam jeszcze chwilę, czy przypadkiem nie zmienić daty odlotu i nie zostać kilka dni dłużej – miałam taki plan jeszcze zanim tu przyjechałam, ale ostatecznie decyduję pojechać na lotnisko w terminie, na który mam bilet. Tego dnia o poranku pojadę wypić pożegnalną kawę na „moim” balkonie przy ulicy Adrianou: stąd tak piękny widok na Akropol przecież, że muszę zobaczyć to raz jeszcze. Idąc, już z bagażem, do niebieskiego metra, które zawiezie mnie na lotnisko – wstąpię jeszcze w jedno miejsce nad Plateia Monastiraki: stąd też przecież widok na Akropol rewelacyjny! Chcę zostać tu jeszcze chwilę, ale wiem, że potem będę się stresowała już zbyt szybko upływającym czasem…

- Przyjechałaś czy odjeżdżasz? – kelner spogląda na moje walizki.

- Właściwie to nie wiem… - zawieszam głos kierując się do windy.

Powoli zmierzam do metra: staję przed wejściem i spoglądam w kierunku Akropolu…

Tak, to też jedno z moich ulubionych ateńskich spojrzeń!

- Do zobaczenia wkrótce – szepczę, choć na tę chwilę nie wiem jeszcze, co to „wkrótce” oznacza.

październik 2017: Kreta i Ateny
Grecja widziana z okna samolotu


Bardzo dziękuję: Ewie, Natalii, Vangelisowi z Heraklionu, Irini i Michalisowi z Rethymnonu, Katerinie z Agoi Theodori i Edith z Aten za wspaniałą gościnność, którą mi zgotowali :-) Dziękuję!

Thank you so much to Ewa, Natalia, Vangelis from Iraklio, Eirini and Michalis from Retimno, Katerina from Agoi Theodori and Edith from Athens for unbelieveable hospitality :-) Thank you!

Galeria zostanie przygotowana w terminie późniejszym