Październik/listopad 2018: Kreta, Ateny

Nietypowa nieco ta moja jesienna podróż do Grecji (uwzględniając tę poprzednią), bo bez lotu z Polski przecież, ale i taka musiała się widocznie zdarzyć.

Te blisko miesięczne wakacje rozpoczęłam na Krecie od interesującej wycieczki: pojechałam w kameralnym gronie (raptem 15 osób) z jednym z kreteńskich biur podróży do jaskini Sfendonisa, zwanej również Zoniana, oraz do … Nie wiem jak nazwać: farmy kreteńskiej – to słowo wydaje mi się najwłaściwsze, aby przyjrzeć się kilku czynnościom: nigdy dotąd w takim miejscu nie byłam. Niesamowite są te drogi, które prowadzą przez Kretę w okolicach wioski Zoniana: dla kierowcy wielkiego autokaru, a takim podróżowałam, to prawdziwe wyzwanie. Jeszcze większym okazał się być dojazd do farmy położonej samotnie gdzieś tam nad wioską Zoniana – tu wielkie brawa dla kierowcy! Drogi tutejsze asfaltowe, wiją się jak węże, czasem zdarzy się jakaś wioska, a jeśli to ranek można popatrzeć na budzące się w niej życie. Gdzieś tam widać góry, potężne, groźne góry. Na stokach pojawiają się czasami małe kościółki, mocno odcinające się swą bielą od szarości gór. Tu, w tych górach, zupełnie odmiennie niż nad morzem, widać jesień. Przebarwiające się drzewa przypominają jesień polską: przy jeszcze wielu zielonych liściach można już dostrzec żółć, czerwień i brąz, a kasztany w rozwartych o tej porze roku skorupach zachwycają, podobnie jak i polskie.
Kreteńskie kasztany w pękających skorupach
Kreteńskie kasztany w pękających skorupach

Do jaskini Sfendonisa nie poszłam: zostałam w pobliskiej kafeterii, by wypić kawę, a potem przyglądałam się zielnikowi. Byłam tutaj kwartał wcześniej i choć jaskinia jest arcyinteresująca i taka, którą obejrzeć koniecznie należy – tym razem wybrałam przyglądanie się październikowym roślinkom. Podoba mi się to urządzenie tutaj małego zielnika: oregano, mięta, rozmaryn, lawenda, bazylia, tymianek zwykły, tymianek cytrynowy i jeszcze inne rośliny to coś, czemu lubię się przyglądać. Lubię również dotknąć listka którejś roślinki: zapach zniewala i pozostaje na skórze palców długo. Na tej wysokości w połowie października już można wyczuć lekki chłód, szczególnie w godzinach porannych. Potem, kiedy słońce całą swoją mocą zacznie świecić i tutaj chłód ten znika. Październik to piękny czas na podróżowanie po Krecie, choć tegoroczna pogoda była znacznie gorsza aniżeli w poprzednim roku: tu kilkakrotnie padał w tym roku deszcz, a rok temu zdarzyło się to tylko w jednym dniu. I temperatury zanotowałam znacznie niższe w tym roku: cóż, październik i na Krecie ma swoje prawa.

Prawa mają i miejscowi. Jak inaczej jak tylko spokojem zareagować na pozostawiony przy i tak dość wąskiej drodze samochód w taki sposób, że nie można go ominąć? Najczęściej jednak kierowca takiego samochodu widzi, a choćby i z daleka, drogę i w przypadku konieczności przybiega. To często ma miejsce i przy kafenijach: prawie porzucanie filiżanki eliniko, aby przestawić samochód zawsze mnie rozczula – mam wrażenie, że to wielka przykrość dla kierowcy, kiedy trzeba natychmiast przerwać to rytualne picie kawy.

Okolice jaskini Sfendonisa (zwanej także Zoniana)    Okolice jaskini Sfendonisa (zwanej także Zoniana)
Okolice jaskini Sfendonisa (zwanej także Zoniana)

Farma, do której przyjechałam nazywana jest „Spiti tou Voskou” [„Σπιτι του Βοσκου”]. Wokół nie ma nic: farma znajduje się poza terenem jakichkolwiek wiosek i jest to dość duży obszar. Miejsce to nie jest czymś istniejącym od wieków, ale warto tu zajrzeć: wciąż rozbudowywane pozwala zobaczyć w jaki sposób doi się kozy, jak wytwarza się z ich mleka ser, jak robi się raki nazywaną przez Kreteńczyków tsikoudia, jak wygląda wielki piec do pieczenia chleba oraz w jaki sposób piecze się jagnięcinę. To dla wielu jedyna możliwość przyjrzenia się takim czynnościom, które wykonują Kreteńczycy każdego dnia i są to dla nich czynności powszednie. Miejsce kojarzy się nieco z „żywym muzeum”, gdzie oprowadzający opowie o tym, jaka musi być temperatura przy produkcji danego sera, czemu te okna mają taki kształt albo dlaczego w tym dachu widzimy dziurę i czemu ona służy. Ceną tej wycieczki objęte było również kilkugodzinne biesiadowanie: poza wodą wszystkie produkty pochodziły z tej właśnie farmy. Pieczona jagnięcina nie miała sobie równych, a smakowitością chleba oraz serów kozich aż się zachłystywałam.

Kreteńska codzienność (tu na farmie „Spiti tou Voskou”  [„Σπιτι του Βοσκου”])    Kreteńska codzienność (tu na farmie „Spiti tou Voskou”  [„Σπιτι του Βοσκου”])
Kreteńska codzienność (tu na farmie „Spiti tou Voskou”  [„Σπιτι του Βοσκου”])   Kreteńska codzienność (tu na farmie „Spiti tou Voskou”  [„Σπιτι του Βοσκου”])
Kreteńska codzienność (tu na farmie „Spiti tou Voskou” [„Σπιτι του Βοσκου”])

Do Heraklionu pojechałam autobusem KTEL: niejednokrotnie już wspominałam, że lubię tymi autobusami podróżować i nie dotyczy to tylko Krety oczywiście. Autobusy są czyste i nawet punktualne, choć czasem można poczytać w internecie głosy przeciwne: ja jakoś nie narzekam. Na Heraklion jako taki programu nie miałam: bardziej towarzysko zamierzałam spędzić tutaj tych kilka dni, które sobie na miasto to przeznaczyłam. Miasto zwiedzałam już kilkakrotnie, a w tym roku, w czasie, kiedy mieszkałam w Rethymnonie, wielokrotnie do niego zaglądałam przecież.

W przeciwieństwie do wielu lubię Heraklion i staram się wciąż, od wielu lat, pokazywać jego warte spojrzenia oblicze oraz zmienić dość powszechną i według mnie krzywdzącą opinię, która mówi, że jest to brzydkie miasto. Ta „brzydkość” Heraklionu wynika, śmiem twierdzić, z jego nieznajomości, z błędnego spojrzenia nań w sposób porównawczy (głównie do Rethymnonu i Chanii), a tak się nie da, tak się nie powinno czynić. Patrzmy na Heraklion jak na niego, bez porównań: wszak jest to miasto zupełnie odmienne od tamtych dwóch, tak często przez nas odwiedzanych.

Przyjemność mi sprawiało niespieszne zaglądanie w znane kąty, przespacerowanie znanymi, niejako sztandarowymi szlakami jak ulica Dedala (Dedalou), przy której mnóstwo sklepów, w tym znanych firm, ulica 25 Sierpnia aż do Twierdzy Koules (Rocca a Mare) zwłaszcza, że w Bazylice św. Marka wciąż mają miejsce jakieś interesujące wystawy, czy uliczka „starówkowa”, jak nazywam ulicę 1866 roku, bo wiele tam straganików z turystycznymi gadżetami, a uliczka wśród turystów popularna i często odwiedzana. Przesiadywanie w „moich” herakliońskich kafeteriach: „Cafe Veneto” w widokiem na twierdzę i Port Wenecki, „Mare” usytuowanej tuż nad morzem czy „Marina” – ta mieści się w marinie, że nie wspomnę już o znajdującej się tuż przy Fontannie Lwów (Morosiniego) i wciąż obleganej kafeterii „Kirkor”, w której podawana jest kultowa bougatsa albo o którejś przy Katedrze Agios Minas, którą bardzo lubię - sprawiało mi doprawdy wiele radości. To cudowne, co powtarzam od jakiegoś czasu, móc się tak zupełnie nie spieszyć, odwiedzać po raz nie wiadomo który te same ulubione miejsca oraz przyglądać się życiu miasta i ludziom.

spojrzenie na Port Wenecki z Cafe Veneto   bougatsa z Kirkor-a z Fontanną Lwów w tle
Od lewej: spojrzenie na Port Wenecki z Cafe Veneto i bougatsa z Kirkor-a z Fontanną Lwów w tle

Z radością zarejestrowałam, że znowu otwarta została kafeteria przy zabytkowej fontannie Bembo: stoliki stojące w pewnym oddaleniu od fontanny z pewnością nie zagrażają jej pięknu, a miejsce nabrało dla mnie smaku. Kiedy kafeterii nie było (przez kilka ostatnich lat nie działała) plac wokół fontanny był dla mnie zupełnie nijaki: tak było jeszcze wiosną tego roku kiedy zaczęłam przyjeżdżać do Heraklionu i trwało przez całe lato. Czytałam, że licencji na prowadzenia kafeterii w tym miejscu udzielono jedynie czasowo, ale miejmy nadzieję, że będzie przedłużana. Mój ulubiony heraklioński pomnik Erotokritosa żegnającego ukochaną Aretuzę, znajdujący się przy Platija Kornarou, tak niespotykanie ukazujący ruch, nie zmienił się zupełnie, natomiast w bramie Kenouria Porta, w której ma miejsce stała wystawa związana z Nikosem Kazantzakisem zauważyłam zmianę: przybyły fotosy z najnowszego filmu o pisarzu. Film ten wszedł na ekrany greckich kin u schyłku 2017 roku i zebrał bardzo, ale to bardzo różne opinie.

Spacerowałam z Bliską mi herakliońską Duszą po ładnie utrzymanym ogrodzie czy parku nazywanym „Oasis”: to doprawdy miłe miejsce spacerowe urządzone w fosie znajdującej się w pobliżu bramy Kenouria Porta, a ciągnące się wzdłuż herakliońskich murów. Rozmaitych drzew, w tym egzotycznych dla nas palm, jest tu mnóstwo, a jeszcze więcej znajdziemy tu potężnych drzew eukaliptusowych: cały las! Bliska mi Dusza zaprowadziła mnie na urokliwą, niewielką uliczkę Pediados, której miejsca położenia nie mogłam sobie w ubiegłym roku przypomnieć. Odkryta przeze mnie kilka lat wcześniej zapisała się w mej pamięci jako bardzo ładna i chciałam nią spacerować ponownie, ale zapomniałam gdzie ją wypatrzyłam: tym razem udało się ją, choć w sposób dla mnie zupełnie przypadkowy, znaleźć. Uliczka zachowuje swój klimat, ale aż żal, że wielu domów się nie odnawia, nie odrestaurowuje. Nie mam wątpliwości, że wkrótce dla wielu będzie zwyczajnie za późno, a szkoda!

Las eukaliptusowy w „Oasis” (Park im N. Kazantzakisa)
Las eukaliptusowy w „Oasis” (Park im N. Kazantzakisa)

Uliczką Pediados można dojść do Platija Eleftherija, głównego placu w Heraklionie. Plac ten, przyznać muszę, mi się nie podoba, bo jest w nim coś zbyt nowoczesnego i bezdusznego, ale odkryłam przyjemność przysiądnięcia w którejś z tutejszych kafeterii, a tych nie brakuje, dla przyglądania się przechodzącym ludziom: tych też na Platija Eleftherija nie brakuje! To co tutaj pozytywne to bliskość doskonale urządzonego Muzeum Archeologicznego oraz mogący się podobać widok na część starych murów z bramą Agios Georgios (św. Jerzego) oraz na usytuowany w dole port. Port w Heraklionie jest portem olbrzymim i trzeba dużo czasu (oraz wygodnych butów), aby go obejrzeć, nagrodą zaś za taki wyczyn z pewnością będzie miły spacer po marinie: ta spodoba się raczej każdemu.

Wśród moich tegorocznych herakliońskich odkryć znajduje się usytuowany w samym centrum Plac Korai: śliczny, zaciszny to zaułek miasta! Niby nic szczególnego tu nie ma, ale miejsce zachwyciło mnie tak, że wypiłam tu kawę, a później przyszłam na lunch.. I tak już tu zaglądałam wielokrotnie, bo i kafeterie tutaj są, w tym taka, w której lubię przysiąść: „La Brasserie”, i tawerenka jakaś… Nie: to błąd! Jest tu coś szczególnego, jest: to niewielki sklepik z płytami, który nazywa się Aerakis [Αεράκης - Κρητικό Μουσικό Εργαστήρι & Σείστρον]. Sporo czasu tu spędzałam, bo zanim wszystko poprzeglądam, zanim nasłucham się kreteńskiej muzyki, która rozbrzmiewa w środku… W takich miejscach nigdy się nie spieszę!

Po raz pierwszy w czasie tych wakacji wybrałam się na stary cmentarz w Heraklionie. Jest duży i całkiem sporo tu ciekawych nagrobków. Ale to nie cmentarz jest tym, co najbardziej mi się spodobało z turystycznych tegorocznych herakliońskich odkryć. Miejscem, którym się zupełnie zachłysnęłam jest dzielnica Agia Triada, w której dotąd nigdy nie byłam. Wypchnięta tam przez Bliską herakliońską Duszę (Ewa: dziękuję po stokroć!) – spędziłam w maleńkich, wąskich uliczkach tej dzielnicy dwa dni nie uważając, że to jakieś nadmierne: z chęcią poszłabym tam jeszcze i dnia trzeciego. Rozciągnięta w północnej części miasta i sięgająca w zasadzie do morza zachwyca tak, że nie można stamtąd wyjść. Tu widać życie: biedne, miejscami pewnie i patologiczne, ale życie, które dla obserwatora jest nad wyraz prawdziwe. Tamtejsze zabudowania często chylą się ku ruinie, ale to one są niezwykle ciekawe i to je chciałabym ratować jeśli tylko miałabym możliwości. Suszące się na poprzeciąganych pomiędzy drzewami sznurach przybrudzone, zniszczone pranie, wałęsające się wychudzone koty, malutkie dzieci biegające bez majtek albo nieco starsze, wpatrzone swymi czarnymi oczami w przechodzącego człowieka – to obrazki tu dość częste. Nieczęsto natomiast można tu usłyszeć język grecki, choć dzieci wyraźnie starają się nim mówić, nawet pomiędzy sobą. Na murach przy pełnych uroku uliczkach jak choćby Samouila Chaou, Diltis, Skra i innych dostrzec można czasem piękne, interesujące graffiti. Tak, ta dzielnica, do której rzadko zaglądają turyści warta jest zapamiętania i odwiedzania, kiedy tylko to możliwe. Warta jest również i pomocy, która powinna szybko nadejść.

Wypatrzone w dzielnicy Agia Triada: Nikos Ksylouris, wielki kreteński muzyk
Wypatrzone w dzielnicy Agia Triada: Nikos Ksylouris, wielki kreteński muzyk

Kiedy przyszła na to pora – stawiłam się na lotnisku w Heraklionie, a mój lot do Aten trwał raptem czterdzieści minut. Siedziałam tym razem z dobrej strony, ale niestety: widoczność tego dnia była dla mojego aparatu wprost fatalna. Znowu źle: rok temu zła strona, tym razem zła widoczność… Coś nie mam szczęścia do lotów na trasie Heraklion – Ateny.

Tym razem zamieszkałam w dzielnicy Paleo Faliro, którą bardzo lubię. Do morza, przystanku tramwajowego i autobusowego oraz do plaży miałam 5 minut, tyle samo do mariny Alimos/Kalamaki, w której tak często przez minione lata bywałam. Nie chciałam tym razem mieszkać w centrum, by móc powoli przechodzić z małomiasteczkowego klimatu mojej Missirii w Rethymnonie do wielkomiejskiego warszawskiego gwaru. W Paleo Faliro było mi cudownie, a blisko trzytygodniowy czas ateński to czas spędzony w dużej mierze nad morzem, w marinach i w Pireusie, który, jak każdy port, bardzo, ale to bardzo lubię. Tym razem nie musiałam w ciągu jednego czy dwóch dni oglądać wszystkiego: miałam bardzo dużo czasu na to, aby dla każdej wybranej dzielnicy przeznaczyć osobny dzień, by do dzielnic, które lubię szczególnie wracać kilkakrotnie. Taki luksus mi się do tej pory jeszcze nie zdarzył. Nie czułam w ogóle potrzeby pojawiania się w centrum miasta. Oczywiście, że pojechałam tam od razu następnego dnia po przylocie z Heraklionu, bo musiałam powitać ulubione zakątki oraz wypić kawę w mojej, znajdującej się na Place, „Melina Cafe”, która po niedawnym, tegorocznym dużym remoncie objawiła mi się jakoś obco niestety. Pojechałam do centrum jeszcze ze 3-4 razy przecież, bo musiałam przejść przez Monastiraki i Anafiotikę, przez Koukaki i Makrygianni *), ale bardziej wzywał mnie Pireus i jego miłe, nadmorskie i spokojne dzielnice jak Freattyda czy Peiraiki. Wzywał mnie i ten gorszy Pireus, szemrany, zapomniany przez Boga i ludzi, jakże dla mnie interesujący, ten z opuszczonymi domami chylącymi się ku ruinie, wąskimi uliczkami, po których nikt już od dawna nie spaceruje, opuszczonymi warsztacikami, miejscami, które ponad pół wieku temu tętniły życiem, bo to tu działały słynne domy publiczne z tanimi dziwkami i lokale rozrywkowe, które chętnie nawiedzali marynarze przypływający tu z wszystkich stron świata… Tak, zdecydowanie pod szeroko rozumianym hasłem „Pireus” spędzałam te jesienne tegoroczne wakacje w Atenach **) .

Widziane z mojej plaży przy przystanku tramwajowym „EDEM”
Widziane z mojej plaży przy przystanku tramwajowym „EDEM”

Jeździłam dużo tramwajami wzdłuż wybrzeża, bo od 2014 roku tego nie czyniłam: wchodziłam do tramwaju, by przejechać jeden przystanek, wychodziłam, oglądałam plażę czy marinę, czekałam na tramwaj, by przejechać kolejny przystanek…Czasami, kiedy mam więcej czasu w Atenach, tak jak teraz, tak czynię : nazywam to „przeglądem tramwajowych plaż”. **) Mimo drugiej połowy października, a potem zaraz listopada na plażach w tym rejonie opalało się dużo osób, a część z nich nawet pływała. Cóż, pogoda tego roku była doskonała: znajomi mieszkający w Atenach nawet żartowali, że to specjalnie z uwagi na mnie tak słońce świeci. Lubiłam tam, gdzie było to możliwe siadywać w kafeterii i patrząc na plażujących, na morze, na gdzieś tam w oddali przepływające statki popijać swoją eliniko bądź sok wyciśnięty z pomarańczy, które jesienią są zazwyczaj brzydkie dla oczu, ale smaczne i soczyste niezwykle. Mieszkanie tu, gdzie tym razem mieszkałam, miało i ten wielki plus, że piękne morze mogłam oglądać kiedy tylko przyszłam na przystanek: bo ono tuż obok, przy moim przystanku „Edem” przecież, przy marinie Alimos/Kalamaki: rewelacyjne miejsce! Z mojej plaży mogłam również oglądać przepiękny zachód słońca oraz patrzeć na doskonale stąd widoczną a wznoszącą się ku niebu Kastellę: to jeden z tych rejonów Pireusu, które ubóstwiam, a który tak niezwykle wygląda i w dzień, i wieczorem, kiedy tonie w setkach zapalonych świateł.

Na laiki (lokalny bazarek) w ateńskiej dzielnicy Paleo Faliro   Na laiki (lokalny bazarek) w ateńskiej dzielnicy Paleo Faliro
Na laiki (lokalny bazarek) w ateńskiej dzielnicy Paleo Faliro

Odwiedziłam znowu po kilku latach moją dawną, dawną dzielnicę Petralona: tu mieszkałam w 1989 roku, kiedy już wyprowadziłam się z dzielnicy Holargos, odwiedziłam również po raz pierwszy od wielu, wielu lat platija przy stacji kolejki ISAP (elektriko, zwanej potocznie zielonym metrem) Victoria. Oczywiście rzecz gustu, ale dla mnie ta stacja kolejki jest bardzo klimatyczna: ta tablica z nazwą stacji jest przeurocza i była wykorzystywana w filmikach, w tym muzycznych teledyskach. Nie wiem czy można znaleźć w Atenach bardziej grecką tablicę… No, może na Monastiraki, ale tę starą, Monastirion jeszcze. Stacja Victoria (otwarta w 1948 roku) znajduje się w pobliżu Muzeum Archeologicznego, do którego turyści zaglądają często, ale do dzielnicy Viktoria już jakoś rzadziej. Na środku platija znajduje się pomnik wg projektu Johannes’a Pfuhl’a z 1938 roku, a sam plac otoczony jest tawernami i kafeteriami. Jeszcze niedawno w dramatycznych warunkach koczowali tam (bo trudno nazwać: mieszkali) uchodźcy. Dziś nie widać już tu takich skupisk, nie ma koczowiska, nie widać namiocików, śpiworów, choć na platija i w okolicy zdecydowanie więcej obcokrajowców niż Greków. Trochę trudno tam się zdjęcia robi, bo jakoś tak niezręcznie...Platija i okolice to miejsce, za którym ciągnie się zła sława i nieciekawa opinia, z według greckiej Wikipedii miejsce to charakteryzuje się zwiększonym poziomem przestępczości.

Victoria: stacja kolejki ISAP [potocznie: metro zielone]
Victoria: stacja kolejki ISAP [potocznie: metro zielone]

Zgłębiłam w części dzielnicę Nea Smyrni, bo prawdę rzekłszy bywałam tam dotąd tylko wieczorami, w klubach muzycznych, w których odbywają się koncerty. Nea Smyrni to dzielnica założona przez uchodźców z Azji Mniejszej, a plac u zbiegu ulic Wenizelou i 25 Marca należy do największych i najbardziej ruchliwych placów miasta. Warto tu czasem zajrzeć choćby pod wieczór, bo sporo tu miłych knajpek i kafeterii, w których można spędzić czas: takich przybytków tu doprawdy nie brakuje. Spotkać można w zasadzie samych miejscowi: turyści do Nea Smyrni zaglądają raczej sporadycznie. Sklepów też tu sporo, a na obrzeżach placu nawet kino. Przyjrzałam się tym tawernom i kafeteriom: znaleźć tu można miejsca bardziej klimatyczne, są i klimatyczne mniej, z muzyką przyjemniejszą albo bardziej agresywną… Każdy znajdzie tu coś dla siebie, a ja myślę, że życie toczy się tu długo wieczorami. Przyjechać tu można każdym tramwajem jadącym z Pl. Syntagma: przystanek „Agias Fotoinis – Platija” będzie tym właściwym: tu należy wyjść z tramwaju a to przy samym placu. Na placu są fontanny, wszystkiemu przygląda się wielki wódz i wyśmienity grecki polityk Eleftherios Wenizelos, którego, z uwagi na to, że założył kapelusz, aż nie poznałam! Miejsce takie autentycznie i nie ma w nim sztuczności: warte zaznaczenia na mojej ateńskiej mapie.

Wielkie wydarzenie mego życia miało miejsce 28 października: po raz pierwszy od 29 lat wzięłam udział w paradzie, która odbyła się w centrum Aten z okazji Święta OCHI / OXI („Dzień NIE”), przypadającego właśnie tego dnia. Paradzie przyglądało się mnóstwo mieszkańców miasta oraz turystów, ale znacznie piękniejsza i bardziej uroczysta parada odbywała się w tym roku w Salonikach. Stałam niedaleko Platija Syntagma, machałam grecką flagę biorącym udział w paradzie i cieszyłam się, że tak radośnie i tak ładnie Grecy tu świętują.

Świętowanie na Platija Syntagma:  Dzień  OCHI/OHI [28 dnia października]
Świętowanie na Platija Syntagma: Dzień OCHI/OHI [28 dnia października]

W związku z tym, że w Atenach zastał mnie pierwszy dzień listopada - wybrałam się po raz pierwszy na Trzeci Cmentarz w mieście. Nigdy na tym cmentarzu nie byłam. Chciałam coś w tym szczególnym dla nas, Polaków, dniu zrobić, a wydawało mi się, że odwiedziny po raz nie wiem który Pierwszego Cmentarza to takie banalne. Choć na tym cmentarzu nigdy nie byłam - wiedziałam od lat, że to tam właśnie znajduje się pewien grób, na którym zapalenie tego właśnie dnia lampki wydawało mi się właściwe: to grób polskiego, ale i greckiego bohatera, Józefa Iwanow Szajnowicza. Wiedziałam jak ten grób wygląda, ale nie wiedziałam, gdzie się znajduje, a Trzeci Cmentarz jest cmentarzem olbrzymim: w internecie napisano, że jest to największy cmentarz na Bałkanach. O tym, czy udało mi się znaleźć ten grób, można poczytać tutaj.

Te moje jesienne wakacje w Atenach miały wyjątkowo dużo akcentów polskich i to nie tylko z uwagi na to, że mam w Atenach mieszkających tam na stałe znajomych Polaków, z którymi będąc w mieście zawsze chętnie się spotykam. Tymi akcentami były wydarzenia kulturalne, w tym te związane z obchodzeniem w Atenach właśnie setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Do takich uroczystości społeczność polska przygotowywała się gremialnie, a apogeum miało miejsce dziesiątego dnia listopada (niestety następnego dnia po moim wyjeździe), kiedy to tereny Zappeio zapełniły się Polakami rozbrzmiewając polskimi pieśniami i barwami biało-czerwonymi. Znam to tylko jednak z opowiadań znajomych oraz z internetu. To, czego doświadczyłam natomiast to dwa niezwykłe koncerty. Pierwszy z nich to piękny koncert, który odbył się w Athenaeum, w sali Louli Psichouli, z udziałem polskich i greckich wykonawców: Julie Ventoura, Iwony Glinka i Aliny Ratkowskiej. Drugi to wydarzenie dla mnie niecodzienne: wielki koncert muzyki Zbigniewa Preisnera, który odbył się w Megaro Mousikis. Wypełniona po brzegi ateńska sala koncertowa słyszała z pewnością wiele, ale czy coś równie wielkiego jak ten koncert? Grecy kochają Zbigniewa Preisnera tak, jak kochają naszego niezapomnianego reżysera, Krzysztofa Kieślowskiego, i tę miłość było czuć w czasie tego koncertu. Siła oklasków była olbrzymia a końcowym owacjom, w tym na stojąco, nie było końca: przy Grekach nie jest łatwo zejść ze sceny i bez bisów się nie obyło. Poza doskonałym chórem i doskonałą orkiestrą, którą dyrygował sam kompozytor, w czasie koncertu wystąpiły: Maria Farandouri, Lisa Gerrard (Dead Can Dance) oraz fantastyczna nasza sopranistka, Edyta Krzemień, którą od lat uwielbiam. Każda z Nich niezwykła, każda inna a każda urzekająca i porywająca. Na ekranie można było zobaczyć fragmenty filmów, do których muzykę skomponował Zbigniew Preisner: sceny z „Podwójnego życia Weroniki” wciąż wzruszają do łez. Gdzieś nad głowami publiczności wyczuwałam ducha Krzysztofa Kieślowskiego: niezapomniany reżyser był tego wieczoru w Megaro Mousikis: ja Jego obecność wyraźnie czułam. Ten koncert wyzwolił wiele wzniosłych uczuć u publiczności, a wzruszenie i ocieranie łez było widoczne powszechnie.

Koncert muzyki Zbigniewa Preisnera w Megaro Mousikis
Koncert muzyki Zbigniewa Preisnera w Megaro Mousikis

Dopełnieniem zaś akcentów polskich była projekcja na ekranach ateńskich kin filmu w reżyserii Pawła Pawlikowskiego „Zimna wojna”, z czego się niezmiernie ucieszyłam, albowiem była to dla mnie szansa obejrzenia tego filmu w kinie: w Polsce już na to szansy nie miałam (film był wyświetlany od czerwca). Plakaty zapowiadające ten film widziałam wcześniej i w Rethymnonie, i w Heraklionie. To, że w okresie projekcji znalazłam się w Atenach było moim niesamowitym szczęściem, a fakt, że tak doskonały film jest pokazywany poza granicami Polski (i to nie tylko w Grecji) spowodował, że jako Polka puchłam z dumy!

W kinie „Atlantis” przy stacji metra Dafni: „Zimna wojna”
W kinie „Atlantis” przy stacji metra Dafni: „Zimna wojna”

I pożegnałam Ateny przy padającym deszczu. To greckie niebo płakało: z pewnością z powodu mojego wyjazdu. Kiedy samolot mojej ulubionej greckiej linii lotniczej wznosił się coraz wyżej i wyżej obierając kurs na Warszawę kończyła się moja kolejna podróż do Grecji, którą tak wiele lat temu upodobałam sobie, ukochałam i wybrałam na swój drugi kraj. Ale po raz pierwszy od 29 lat nie czułam smutku, przykrości i żalu z powodu wyjazdu, wprost przeciwnie: po spędzeniu w Grecji tym razem aż 181 dni – w tym sto osiemdziesiątym drugim wyraźnie czułam, że najwyższa pora stanąć na polskiej ziemi i tym lotem do Warszawy cieszyłam się w sposób wyjątkowy. Nigdy dotąd mi się to nie zdarzyło.

Z uwagi na półroczną nieobecność w Polsce – czasu mam niewiele, a zaległości wprost przeciwnie, stąd i galerii do tej podróży póki co brak, ale postaram się przygotować ją najszybciej jak to możliwe.


*) – o dzielnicach Koukaki i Makrygianni można poczytać na stronie w cyklu: „Moje miejsca w Atenach”: tutaj.

**) – o szerzej ujętym Pireusie oraz tym, co można zobaczyć jeżdżąc wzdłuż wybrzeża tramwajem – już wkrótce będzie można poczytać w cyklu „Moje miejsca w Atenach”, stąd w niniejszej opowieści miejsca te zarysowane ją jedynie.


Tekst i wszystkie zdjęcia: Beata Kuczborska/betaki.pl