„Dendryty” – Kallia Papadaki

Z greckiego przełożyła: Ewa T. Szyler.
Wydawnictwo EZOP / WYSZUKANE [2020].


„Dendryty” – Kallia Papadaki
Nie możemy narzekać na nadmiar na polskim rynku powieści autorstwa pisarzy greckich (choć i tak sytuacja na przestrzeni kilku ostatnich lat uległa znacznej poprawie), a literatura grecka jest w Polsce, w mojej ocenie, znana raczej słabo, stąd też każda taka pozycja przetłumaczona na język polski musi wzbudzić olbrzymią ciekawość i to nie tylko w kręgach osób zainteresowanych w szerokim ujęciu Grecją.

Tak stało się w moim przypadku i w przypadku wydanej kilka tygodni temu powieści „Dendryty”.

Powieść jest debiutem Kallii Papadaki, jeśli myśleć o tym gatunku, ale warto wiedzieć, że nie jest debiutem w twórczości autorki: kilka lat temu Kallia Papadaki wydała w Grecji zbiór opowiadań „O ichos tu akaliptu”, nagrodzony w 2010 roku oraz tomik poezji „Lewanta sto Dekemwri”. Powieść „Dendryty” w Grecji ukazała się w 2015 roku zdobywając dwa lata później Literacką Nagrodę Unii Europejskiej.

To, co bardzo mnie zainteresowało zanim sięgnęłam do kart powieści to sam tytuł, co ma dla mnie znaczenie, bo zawsze doszukuję się jego związku z treścią dzieła i to już w trakcie czytania.

Zatem „dendryty” i ciekawość, w jakim znaczeniu je tu przykleić: czy biologicznym, powszechnie znanym, jako (w skrócie) tworu odpowiadającego za pamięć, czy też zupełnie odmiennym, związanym z płatkami śniegu, o którym mniej wiemy, ale coś nas ku tej koncepcji popycha zwłaszcza, że związek z tym właśnie znaczeniem słowa „dendryty” pojawia nam się wyraźnie w samej końcówce powieści.

Kolejnym krokiem, który musiałam wykonać, ale to już po zamknięciu książki – było dostarczenie sobie szerszych informacji o amerykańskim, założonym w XVII wieku, mieście Camden, które autorka obrała jako miejsce dla życia bohaterów swojej powieści. W książce nie brak opisu tego miasta, opisu nieciekawego: miasto Camden jawi nam się, szczególnie po wielkim amerykańskim kryzysie lat 30-tych, a jeszcze bardziej po zakończeniu II wojny światowej, jako zepsute, ponure siedlisko wszelkiego zła, do którego od zawsze ściągali imigranci. Ściągali przed kryzysem, kiedy miasto oferowało pracę w rozwijającym się wówczas wciąż przemyśle i większość widziała tu możliwość ziszczenia się amerykańskiego snu, i ściągają, mimo, że miasto po II wojnie światowej przestało być już przysłowiowym eldorado i stało się jednym z najbiedniejszych miast w Stanach Zjednoczonych, a w 2008 roku charakteryzowało się najwyższym wskaźnikiem przestępczości jeśli myśleć o miastach amerykańskich*).

I to właśnie miasto Camden stało się tłem dla losów trzech pokoleń emigrantów.

„Dendryty” to historia Andonisa Kabanisa, który jako Włoch**) przybywa przez Nowy Jork do Camden z wyspy Nissiros i tu próbuje ułożyć sobie szczęśliwe życie nie odrywając się tak zupełnie od społeczności swoich przodków, ale i nie integrując się z nią w sposób szczególny. Tu, w Camden, żyje nieliczna, ale jednak społeczność grecka, rozproszona po różnych dzielnicach na skutek braku kościoła, którego istnienie mogłoby spowodować osiedlenie się tej społeczności w grupie zwartej, w jego pobliżu. Już w Ameryce rodzi się jego syn, Basil („Wasilis, po dziadku”) i tu również żyje pasierbica tegoż, Leto 68 (cóż: w Ameryce wszystko jest możliwe: nawet nadanie dziecku takiego imienia), która pozytywnego obrazu miasta Camden nie zna zupełnie, a to co widzi to bieda, ubóstwo, przemoc, narkotyki i porachunki mafijne.

Dość szybko do Andonisa dociera, że życie na uchodźstwie nie jest proste, z biegiem dni, tygodni, miesięcy i lat przekonuje się, że nie jest tak jak mówiła mu matka: „Tylko jeśli odczyniać uroki i robić łokciami potrafisz, to przebijesz się i osadzisz w nowym miejscu”. Przekonuje się również o tym i jego syn, Basil. Andonis żyje z poczuciem winy, że zostawił na wyspie Nissiros matkę tonącą w długach, gdzieś tam na dnie serca tli się, gasnąca zupełnie wraz ze śmiercią matki, nadzieja na powrót na Nissiros. W głowie jego syna, Basila, rodzą się marzenia o poznaniu kraju przodków i przeniesieniu tam codziennego życia. Podróż do kraju przodków, w tym odnalezienie grobu babki, ma zresztą nakazaną przez ojca.

Pokazane losy bohaterów powieści zaprzeczają temu, co nam się czasem wpaja i w co niejednokrotnie wierzymy: że chcieć to móc, że każdy jest kowalem własnego losu. Nie ma w „Dendrytach” radości i zachwytów, nie ma sukcesów, ale są marzenia, są plany, które bohaterowie próbują realizować i choć starania ich są ogromne – wciąż coś nie wychodzi, wciąż dotyka ich coś, co powoduje, że rozpocząć trzeba od nowa.

Powieść doskonale pokazuje nam, jak, wbrew temu co czasem myślimy, niewiele od nas zależy: bo na ile od działań Andonisa zależało nadejście w Ameryce wielkiego kryzysu lat 30-tych? A na ile nadejście tego kryzysu zniweczyło to, co zamierzał osiągnąć? Przypatrzmy się pragnieniom i marzeniom bohaterów: one nie wydają się być wygórowane, a jednak na skutek splotu różnych wydarzeń – niemożliwe wręcz do osiągnięcia.

Do świata miasta Camden za pomocą stronic „Dendrytów” przenosimy się w latach 80-tych ubiegłego wieku, kiedy to Basil usiłuje związać koniec z końcem. Po kilku kartkach jednak cofniemy się do początku tej historii: do dnia, kiedy wielki transatlantyk „Patris” z Andonisem na pokładzie zbliży się do portu Ellis Island. I tak na zmianę będziemy się zagłębiać w losy to ojca, to syna, będziemy poznawać dzieciństwo Basila wzrastającego w patologicznych wręcz warunkach i zastanawiać się, na ile wpłynęło to na jego postawy w dorosłym życiu, podobnie jak będziemy się zastanawiać, na ile niezmiernie trudne warunki, w których przyszło żyć Andonisowi po przybyciu do Ameryki, wywarły wpływ ma jego zachowania w dalszym życiu.

Powieść wymaga od nas skupienia: nie da się jej, moim zdaniem, czytać z doskoku, bo się zupełnie pogubimy nie tylko w losach bohaterów, ale i w przekazach. Tego skupienia wymaga od nas nieczęsto spotykany styl, w jakim „Dendryty” zostały napisane, przywodzący nieco na myśl twórczość Williama Faulknera, którego, tak się zdarzyło, wielbicielką nie jestem. Ciągnące się nieraz na całą stronicę albo i dłużej jedno i to samo zdanie wymaga od nas kontroli oraz nauki czytania tej powieści, co przychodzi jednak dość łatwo. Po początkowym gubieniu się, po początkowej chęci skracania czytanych zdań poprzez stawianie kropek, nagle i dość szybko odkrywamy, że „Dendryty” czyta nam się niemal doskonale. Myślę, że mocno przyczyniła się do tego tłumaczka.

„Dendryty” nie są powieścią łatwą i daleko im do letniego czytadełka. To napisana na przyzwoitym poziomie powieść ukazująca ciągłą życiową walkę o przetrwanie i zasłużenie uznawana za jedną z najlepszych greckich powieści ostatnich lat.



Beata Kuczborska / betaki.pl [czerwiec 2020]


*) - za WIKI
**) – wyspy Dodekanezu znajdowały się pod panowaniem włoskim od czasów wojny włosko-tureckiej (do roku 1947, kiedy zostały przyłączone do Grecji).


Dziękuję Wydawnictwu EZOP / WYSZUKANE za nadesłanie mi egzemplarza powieści „Dendryty” na potrzeby niniejszej recenzji.